poniedziałek, 06 październik 2008
Strona główna
Wojny atomowe.
BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN
Wojny atomowe.
BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN Powiedz o nas.
Jeśli znasz kogoś kto interesuje się tą tematyką to powjadom go o tej stronie!Historia Cywilizacji
| Od Autora. |
| Potop |
| Świątynie |
| Prehistoryczne miasta |
| Piramidy egipskie |
| Dolmeny |
| Statki kosmiczne |
| Ewolucja człowieka |
| Nauczyciele |
| Epoka Lodowcowa |
Archiwum
| Wojny atomowe. |
| Kataklizmy |
| Mamuty |
| Myśleć logicznie |
| Potop |
Nawigacja Strony
| Strona główna |
| Linki |
| Napisz do mnie |
| Forum Czytelników |
Licznik odwiedzin
Odwiedziło stronę od 2003 85084 osób. Dziękuję.
| Dzisiaj | 52 |
| Wczoraj | 111 |
| W ciągu tygodnia | 52 |
| W ciągu miesiąca | 450 |
| Wszystkich | 85084 |
Przybyłeś z....
| www.google.pl |
| search.live.com |
| www.google.com |
| szukaj.onet.pl |
| images.google.pl |
|
Jesteś w Wojny atomowe . BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN |
|
|
|
| Napisał: Dr Miloš Jesenský | |
| piątek, 07 grudzień 2007 | |
|
Strona 39 z 39 Kolektywne szaleństwo ogarnęło w powieści Millera całe kontynenty na okres czterech pokoleń, kiedy to dzieci wraz z mlekiem matek wysysały nieprzejednaną nienawiść do wszelkiego poznania. Immodica ira gignit insaniam ¬- bezgraniczny gniew - jak wiadomo - rodzi szaleństwo. Na koniec, kiedy wymordowano wiedzących, zwrócono się z braku tych ostatnich przeciwko umiejącym czytać i pisać. Inteligencja oblekła się w habity i sutanny, a potem zamknęła na grubymi murami klasztorów, gdzie jednak od czasu do czasu dopadała ich brutalna pięść prymitywów. Mnisi byli ścigani, mordowani, paleni na stosach zrobionych z ich archiwów, tak więc męczenników przybywało setkami. Hagiografia błogosławionego Leibowitza opisana w foliałach starych rękopisów w bibliotece klasztoru na skraju pustyni Utah wskazuje na to, jak starannie Miller jr. budował swoją koncepcję alternatywnej historii.[145] Inżynier systemów obronnych Issac Edward Leibowitz schronił się do klasztoru oo. Cystersów przed prześladowcami. Kiedy po sześciu latach bezskutecznych poszukiwań swej żony Emily, czy choćby tylko jej grobu, Leibowitz uwierzył w to, że ona nie żyje - bowiem cały obszar południowego-zachodu Stanów Zjednoczonych będący celem atomowego ataku wykluczył możliwość jej przeżycia - wtedy to właśnie Leibowitz wstąpił do zakonu. Po złożeniu ślubów zakonnych wraz ze swymi współbraćmi w Nowym Watykanie złożyli petycję o pozwolenie utworzenia nowego zakonu oo. Albertynów, nazwanego tak ku pamięci Alberta Wielkiego von Böllstadt (1193-1280), patrona wszystkich uczonych.[146] Po 12 latach cierpliwego czekania, z papieskiej kurii przyszło zezwolenie. Nowe zgromadzenie miało w tajemnicy gromadzić i chronić resztki kulturalnego dziedzictwa Ludzkości, które uniknęły zaginięcia w atomowym kataklizmie oraz deponować zachowane księgi i dokumenty. Członkowie zakonu dzielili się na „tropicieli książek” i „pamiętaczy”. Ci pierwsi przemycali księgi na południowo-zachodnią pustynię, gdzie je zakopywano w pojemnikach do gorącego piachu, zaś ci drudzy zapamiętywali całe książki i traktaty na wypadek, gdyby któreś z nich przepadły. Raz, kiedy Leibowitz sam przewoził książkową kontrabandę, został zdemaskowany jako ukrywający się pod habitem uczony - specjalista od produkcji systemów broni. Został on spalony wraz z kilkoma pojemnikami książek, zas sam klasztor - zbudowany na zbiorniku wodnym - trzykrotnie dewastowano, zanim skończyły się przesladowania. Walter M. Miller jr. bardzo sugestywnie opisuje proces ochrony poznania, jak i czasy, kiedy zachowane informację uzyskują swą minimalną wartość: Na początku, w czasach Leibowitza [...] mieli nadzieję, że czwarte lub piąte pokolenie zechce odzyskać swoje dziedzictwo. Ale mnisi z pierwszych lat nie wzięli pod uwagę, że człowiek ma łatwość płodzenia nowego dziedzictwa kulturowego w ciągu niewielu pokoleń, jeśli poprzednie zostanie doszczętnie zniszczone, łatwość płodzenia go dzięki prawodawcom i prorokom, geniuszom i maniakom; za pośrednictwem Mojżeszów i Hitlerów, za pośrednictwem jakiegoś ciemnego tyrana, ojca narodów, kulturalne dziedzictwo można przyswoić sobie miedzy zmierzchem a świtem, i niejedno w ten sposób sobie przyswojono.[147] Przez sześć stuleci ciemnoty mnisi stale studiowali i spisywali swój skromny dobytek. Czekali... większość tekstów, które chronili, były do niczego, niektórych z nich nawet do końca nie rozumieli. Ale dobrym mnichom wystarczyło to, że maja wiedzę w rękach... To właśnie były „Memorabilia”, a ich zadaniem było je chronić - i chroniliby je, nawet jeśli czasy ciemnoty miałyby trwać jeszcze dziesięć stuleci, albo nawet dziesięć tysiącleci!... We wstępie do swego dzieła, autor zapoznaje nas z postacią brata Francisa Gerarda z Utah, który pragnie uczcić swój nowicjat obrzędowym postem na pustyni, nieopodal jakichś przedpotopowych ruin zawianych piaskiem i zapomnieniem. Wędrowiec, który pewnego dnia przechodził po starej drodze wskazał mu głaz, który przykrywał wejście do ciemnego otworu. Po dramatycznym wejściu do podziemi, brat Francis przy pomocy skromnej znajomości „przedpotopowej angielszczyzny” przeczytał na poły zatarty napis na ścianie szybu. Napisany przez zamierzchłą cywilizację napis brzmiał dlań tak oto: SCHRON DLA PRZETRWANIA OPADU Maksymalna pojemność - 15 Zaopatrzenie w przeliczeniu na jednego użytkownika: 180 dni. Podzielić przez liczbę użytkowników. Wchodząc do schronu upewnij się, czy pierwszy właz jest szczelnie zaryglowany, czy osłona zabezpieczająca przed wtargnięciem osób napromieniowanych jest pod napięciem, czy światła ostrzegawcze na zewnątrz zostały włączone...[148] Sens napisu był biednemu nowicjuszowi jasny, Francis znalazł się przed wejściem do mieszkania nie jednego, ale piętnastu demonów! On sam żadnego Opadu nigdy nie widział, ale tradycja przekazywała, że sam Leibowitz natrafił na tego potwora na skraju pustyni i przez kilka miesięcy był przez niego porażony, czy nawet demon się w niego wcielił, dość na tym, że wywleczono z błogosławionego demona poprzez chrzest połączony z egzorcyzmami... Opad przedstawiano tedy jako jaszczura, którego zrodził PŁOMIENNY POTOP, a także jako koszmar, który we śnie straszy panny - wszak nie na darmo o mutantach mówiło się Dzieci Opadu... Przerażony Francis przeżegnał się i ustami zsiniałymi ze zgrozy zaczął wymawiać słowa modlitwy: ... Od zerowego punktu wybuchu wybaw nas, Panie. Od kobaltowego deszczu Wybaw nas, Panie. Od deszczu strontu Wybaw nas, Panie Od opadu cezu Wybaw nas, Panie. Od przekleństwa Opadu Wybaw nas, Panie. Od tego, byśmy się rodzili potworami Wybaw nas, Panie. Od przekleństwa zniekształceń ciała Wybaw nas, Panie. Od przekleństwa promieniowania Wybaw nas, Panie. A morte perpetua Domine, libera nos.[149] Słowa dziwnej modlitwy, którą autor włożył w usta swego bohatera sprawiły, że nowicjusz poczuł się pewniej i zdobył się na odwagę, by pójść poprzez hałdę gruzów do chodnika, po schodach. Poprzez wąski otwór dostał się do jakiegoś pomieszczenia, gdzie na podłodze stały zasypane do połowy jakieś metalowe skrzynie, biurko i drzwi z zatartym napisem. W podziemnym pomieszczeniu Francis zapalił ogień i przeszukał całą wolną przestrzeń. Poza metalowymi skrzyniami i biurkiem, które się nie dały otworzyć, znalazł on tam czaszkę ze złotym zębem i metalową, skorodowana walizeczkę, która nieoczekiwanie udało mu się otworzyć. Poza papierami znalazł on tam drobne kawałeczki metalu i szkła, które kiedyś dawno temu tworzyły miniaturowe obwody komputera: Były to przeważnie małe rurki z drucianym wąsem przy każdym z końców. Takie przedmioty nie były dla niego niczym niezwykłym. Zgromadzono ich trochę w małym muzeum opactwa - różnego wymiaru, koloru i kształtu. Kiedyś widział, jak szaman pogańskiego ludu ze wzgórz nosi cały ich sznur, jako obrzędowy naszyjnik. Ludzie ze wzgórz myśleli o nich jako o >>częściach ciała Boga<<, bajecznej >>machina analytica<<, czczonej jako najmądrzejszy z bogów. [...] Podobne drobiazgi w muzeum były ze sobą połączone, aczkolwiek nie w kształt naszyjnika, ale w skomplikowaną i bezsensowną gmatwaninę leżącą na dnie małego pudełka oznaczonego etykietką: >>Chassis radia. Przeznaczenie niepewne<<.[150] Na dnie walizeczki nowicjusz znalazł małą kartkę, a na niej schemat nakreślony białymi liniami na niebieskim tle i podpisanym jako: Projekt obwodu - Leibowitz I. E. Ta pisemna relikwia, której autorem był bez wątpienia sam założyciel zakonu, stała się w przyszłości przeznaczeniem Francisa. Przez długie lata studiował on schemat tranzystorowego urządzenia, który on sam interpretował jako: Szczytową abstrakcję transcendentalnej jakości wyjaśniającej myśl błogosławionego Leibowitza. Przeniósł ten rysunek na bogato iluminowany pergamin z wyobrażeniami Boga na tronie, emblematem Zakonu Albertiańskiego i podobizną Błogosławionego. A wszystko to w stu barwach, kwiatach, owocach, liściach i heraldycznych zwierzętach... Na tym miejscu kończę streszczanie fragmentu powieści Millera jr., i powracam do hipotezy prof. Sagana o artefaktach w kształcie schematu elektronicznego w średniowiecznej iluminacji. I tutaj powinniśmy zadać pytanie, jaką właściwie mamy szansę, że taki dowód będzie w przyszłości znaleziony? Jak to przed chwilą wspomniałem, los powieściowego brata Francisa był nieodłącznie sprzężony z odkryciem materiałów piśmiennych w starym schronie przeciw-atomowym, i myślałem tak dosłownie. Finis coronat opus. Nieszczęsnego mnicha w drodze do Nowego Watykanu napadają i rabują mu dzieło jego życia, piętnastoletniej pracy, a w drodze powrotnej przyjmie on - wzorem swego patrona - męczeńską śmierć z rąk dwójki ludzkich mutantów, żałosnych Dzieci Opadu, które pożywiły się ciałem nieszczęsnego mnicha przedłużając w ten sposób o kilka dni swą żałosną egzystencję... W powieści Millera jr. występuje grupa ludzi, która poświęca się i w podziemiach kościoła stara się zachować w barbarzyńskim świecie choć część ogromnego dziedzictwa przeszłości - postawa, która znalazła swój wyraz już w połowie lat 60. XX wieku. W tym czasie specjaliści z firmy Westinghouse Electric Co. Ltd. Zakopali w ziemię koło Nowego Jorku dwie metalowe skrzynie z materiału twardszego od stali, które do roku 6965 powinny wytrzymać wszelkie kataklizmy z wybuchami jądrowymi włącznie. W specjalnych kontenerach zdeponowano informacje o naszych czasach, kulturze, która przekroczyła próg wieku atomowego, mikrofilmy, plany, wykresy obrazujące przedmioty życia codziennego, dzieła sztuki i złożone elektroniczne przyrządy i narzędzia. Przy pomocy uniwersalnego klucza językowego, który na potrzeby naszych następców opracował John Harrington, będzie można zrekonstruować dwa tysiące lat naszej cywilizacji, dawno po jej zniszczeniu... Nie dajmy się zwieść stwierdzeniom polityków, którzy nam mówią, że Zimną Wojnę i z nią i groźbę nuklearnej katastrofy można uważać już za przeszłość.[151] Bellum ita suspiciatur ut nihil aliud nisi pax quaesita videatur - wojnę należy zaczynać tak by było widoczne, że nie idzie o nic innego, jak o pokój. Żyjemy w czasach, w których została naruszona równowaga sił dwóch bloków i wciąż istnieje ryzyko samobójczego globalnego konfliktu.[152] To oczywiste, że bronie nuklearne nie są wycelowane w chatki Zulusów czy Eskimosów, a w najbardziej newralgiczne punkty naszej cywilizacji. Po ich zniszczeniu, pozostałe narody nie byłyby w stanie odtworzyć już tak wysokiego poziomu cywilizacyjnego, bowiem nie uczestniczyły w jego tworzeniu. Wyobraźmy sobie taką straszną sytuację, która - miejmy nadzieję - nigdy nie będzie miała miejsca, że jeżeli grupa szaleńców wywoła na naszej planecie globalną wojnę jądrową, to na jakie cele zostaną użyte BMR? Na bezludną Saharę? Nie. Na trudno dostępne stoki Himalajów? Też nie. Na Biegun Północny czy Południowy? Oczywiście, że nie, bo i po co?... Na ubogie osady Indian południowoamerykańskich w Andach? Pewnie, że nie, bo i na co? Zatem na atole pacyficzne porośnięte gajami palm? Po co? No to na osady australijskich Aborygenów? A po kiego licha? Na szałasy i lepianki afrykańskich Murzynów czy ziemianki Malijczyków? Też bez sensu. Na północnoamerykańskich Indian na pustyniach Meksyku czy Arizony? Oczywiście nie, no to może na potomków Majów w dżynglach Jukatanu? Brednia. Na rosyjskich >>kriestian<< i >>ochotczykow<< w syberyjskiej tajdze i tundrze? Nie ma po temu powodu. Na amazońskie plemiona? A co one komu zrobiły? Nie, cele ataku BMR będą leżały w centrach cywilizacyjnych, tam - gdzie żyją i pracują miliony ludzi. Te właśnie kraje zostaną wymazane z map Ziemi.[153] Całe połacie kuli ziemskiej zmienią się w radioaktywne pustynie i stulecia działania promieniowania jonizującego wygubi wszelką roślinność... Ci, którzy przeżyją tę katastrofę, będą narażeni na mutacje, a ze zniszczonych miast nic nie zostanie już po dwustu latach. Natura będzie niczym nieskrępowaną siłą, która wyrówna ruiny, stal i żelazo skoroduje i obróci się w rdzawy proch.[154] Ponad stu naukowców, w tej liczbie kilku noblistów, którzy w październiku 1983 roku wzięło udział w waszyngtońskiej konferencji zorganizowanej przez Amerykańskie Towarzystwo Ekologiczne, pt. „Długookresowe, ogólnoświatowe biologiczne skutki wojny jądrowej” byli w swych prognozach o wiele bardziej pesymistyczni, niż Erich von Däniken.[155] Pierre Rousseau w swej pracy pt. „Historia przyszłości” dramatycznie opisał przebieg „elektronicznego Kriegsspielu” w pierwszej fazie niszczycielskiej wojny. Wyobraźcie sobie głęboką, ciemną noc po dyplomatycznym przyjęciu, które stargało nerwy światowych mocarstw i: ... wszystkie stacje radiolokacyjne, które pracowały w paśmie A jak Alfa nadawały alarmowe wezwanie: >>W odległości 4.800 km zaobserwowano dziesiątki podejrzanych rakiet<<. Jeżeli są to rakiety nieprzyjaciela, to pozostało jakieś 10-11 minut do ich unieszkodliwienia. Rakiety lecą na wysokości 100 km z prędkością 7,7 km/s. Władze i Sztab Generalny są już powiadomione. OPB jest w stanie alarmu i antyrakiety wystartowały. 30% pocisków zestrzelono, ale pozostałe 70% przelatuje przez obronę i głowice wodorowe o mocy 20-100 Mt TNT spadają na swe cele. Ludzie zamknięci w schronach poprzez kamery TV widzą zagładę swych miast, które w sekundzie zostały wymazane z mapy świata. Wystarczył jeden jedyny pocisk, by ich miasto z drapaczami chmur i pałacami zmieniło się w proch i pył... Elektroniczne urządzenia działały z taką precyzją, że rakieta, którą sterowały wybiła w środku miasta krater o średnicy 10 km, z którego wyrzucona została ognista kula o temperaturze 5.000.000 K. A potem celami stawały się mniejsze miasta, porty, węzły komunikacyjne, zagłębia przemysłowe, elektrownie jądrowe i normalne, fabryki i przetwórnie wzbogaconego uranu i plutonu. Aby zniszczyć cały potencjał gospodarczy i militarny - zwłaszcza wyrzutnie pocisków ICBM - nieprzyjaciel obrzuca po prostu terytorium kraju głowicami wodorowymi. To jednak w niczym nie przeszkodzi w odwetowym uderzeniu. Z podziemnych silosów, okrętów podwodnych czy ruchomych wyrzutni wylatują rakiety, aby przenieść swój śmiercionośny ładunek z kolei do kraju agresora, wbrew temu, że kraj zaatakowany już nie istnieje.[156] Tracą sens słowa >>atak<< i >>obrona<<, a ilość ofiar sięga setek milionów... Nie ma już kogo atakować, ani kogo bronić. Cała wojna jest tylko partią szachów rozgrywaną przez grupki technokratów ukrytych pod ziemią i we Wszechoceanie. na powierzchni Ziemi nie zostaje zupełnie nic i daremnie szukalibyśmy na tysiącach kilometrów kwadratowych jakiejś żywej istoty. Wszystko się spaliło w blasku ognistych kul, czy zostało rozpylone przez fale uderzeniowe podmuchu >>overkillu<<, albo zniszczone promieniowaniem gamma. Wbrew temu, walka prowadzona przez zamkniętych w betonowych schronach trwa nadal. Abstrakcyjna walka w wirtualnych przestrzeniach prowadzona przez komputery...[157] W tydzień po wybuchu wielkiej, globalnej wojny i po użyciu połowy zasobu głowic jądrowych - nad północną hemisferą Ziemi wytworzył się dymowo-pyłowy całun, który wisiałby w górnych warstwach atmosfery przez całe miesiące. Każda głowica o mocy rzędu 1 Mt TNT wyrzuca w powietrze powyżej 100.000 ton pyłu, do czego należałoby jeszcze dodać słupy dymu z płonących miast, pól i lasów. Gros promieniowania słonecznego zostałaby odbita z powrotem w przestrzeń kosmiczną, przez co na północ od równika zapadłaby „nuklearna zima” z temperaturami co najmniej -25oC. Powierzchnia wód zamarzłaby i wszystko, co przeżyłoby ten Armageddon umarłoby z pragnienia. Mróz zniszczyłby wszelkie rośliny i plony - gdyby wojna wybuchła na wiosnę lub w lecie. Całun nie dopuściłby do powierzchni Ziemi światła słonecznego i ustałby proces fotosyntezy z wiadomym skutkiem. Po pewnym czasie radioaktywne obłoki przeniknęłyby na półkulę południową, co natychmiast odbiłoby się na jej klimacie i ekologii[158] - najbardziej ucierpiałyby obszary lasów deszczowych Amazonasu, Konga i Indochin. Ich ekosystemy są najbardziej wyczulone na zmiany temperatury. Z kolei mieszkańcy równikowych metropolii zaczęliby z braku żywności masowo migrować w głąb lasów równikowych. Wybrzeża opustoszałyby, to pewne, a to za sprawą radioaktywnego skażenia wód Wszechoceanu i żyjących tam jadalnych stworzeń morskich. Radioaktywny fall-out trwałby całe tygodnie. Opad ten dałby skażenia mieszkańców półkuli północnej wynoszące w najlepszym wypadku 250 REM[159] - przy czym połowa obszaru dostałaby długotrwałą dawkę promieniowania rzędu 100 REM, co spowodowałoby gigantyczny skok zachorowań na nowotwory i powstanie masowych letalnych mutacji genetycznych. A to jeszcze nie byłoby wszystko. Wciąż jeszcze nie pisałem o potężnym czynniku niszczącym, jakim jest ogień. Na ogromnych powierzchniach wybuchłyby burze ogniowe - ogromnych rozmiarów pożary powierzchniowe - spowodowanych już to błyskami promieniowania podczerwonego eksplozji nuklearnych, już to od piorunów z licznych burz wywołanych ogromnymi skokami temperatur. Byłyby one zupełnie niekontrolowane, bo nie byłoby kogokolwiek, kto by je był w stanie ugasić. Całun obłoków nad półkulą północną byłby od spodu całkiem czarny od sadzy płonących lasów, miast, rafinerii i pól naftowych.[160] Po głosie ostatniej Trąby Apokalipsy, tlenki azotu: NO, NO2 i NO3 powstałe w atmosferze osłabiłyby osłonę biologiczną ozonosfery - zawierającą trójatomowy tlen O3 czyli ozon - w górnych warstwach atmosfery, o co najmniej 30%. Potem same spadłyby z wodą i śniegiem jako kwasy azotowy - HNO4 i azotawy - HNO3, jako kwaśne deszcze dobijając resztki roślinności i tlenotwórczego fitoplanktonu we Wszechoceanie. Pozbawiona ozonosfery powierzchnia Ziemi byłaby bombardowana 2-4 razy silniejszym strumieniem promieniowań UVA, UVB i UVC, niż ma to miejsce dzisiaj. U ludzi promieniowania UVB i UVC powodują zgorzel i raka skóry, ślepotę i osłabienie systemu immunologicznego organizmu powodując coś w rodzaju popromiennego AIDS!!! - zaś pozostałe zwierzęta straciłyby wzrok - jak w powieści Johna Wyndhama pt. „Dzień tryfidów”. Roślinnośc także zostałaby wypalona tym złowrogim promieniowaniem. I na koniec to najgorsze. Oblicza się, że w pierwszym starciu nuklearnym zginęłoby około 1,1 - 2,0 mld ludzi, zaś dalszy miliard umierałby wskutek choroby popromiennej. Cała reszta zmarłaby w wyniku następstw nuklearnej katastrofy: z zimna, chorób, głodu i szaleństwa w ciemnym i zimnym świecie. Na półkuli północnej przeżyłaby jedynie garstka ludzi rozrzucona pośród martwych zimnych i radioaktywnych przestrzeni. Na powierzchni Ziemi nie zostało nic, tylko tu i ówdzie w ruinach miast wegetują wychudłe, ubogie, nędzne stwory - ludzie. Nie zostanie niczego, bo to >>nic<< wojna wymęczy i dobije po długiej i strasznej agonii, kiedy wszystko zabije wszechobecna radioaktywna trucizna - - jak opisuje Rousseau obraz atomowej Gehenny. Niczego lepszego nie byłoby po użyciu innych środków i rodzajów BMR. Amerykański pisarz Richard Wilson (1920-1987) opublikował w 1968 roku opowiadanie sf pt. „Mother for the World”, w którym opisał działanie broni MD - Masowej Dysocjacji, po użyciu której ludzki organizm dosłownie się rozpadał wskutek błyskawicznej reakcji rozkładu (dysocjacji) wody w tkankach: Nie pozostały tutaj żadne rozkładające się zwłoki, które wszystkie rozpadły się i rozpyliły na wietrze. Zachował się jedynie kostny pył uwięziony w sieci ubrań, rozrzuconych w całym mieście.[161] Po konflikcie i atomowej wojnie pomiędzy Chinami a USA, na Ziemi pozostało jedynie dwoje ludzi - czterdziestoletni mężczyzna i dwudziestosiedmioletnia ociężała umysłowo kobieta, która staje się pramatką całej nowej Ludzkości. I kiedy w tej wariacji na temat wygnania z Edenu patrzy Wilson z Millerem jr. w przyszłość z niejaką nadzieją, boż ponure tony wyzierają jedynie z opisów życia dwojga ludzi w opuszczonym i zrujnowanym mieście, w którym dominują jedynie setki tysięcy porzuconych aut, stada dzikich psów i wysokościowy hotel, który stał się ich Ogrodem Eden, boż daje on im schronienie, ciepło i żywność na całe lata. „I wszystko zacznie się od nowa” - rozwija dalej myśl Erich von Däniken, którą już dziewięć lat wcześniej wyraził Walter M. Miller jr., w swej książce tymi oto słowy: Człowiek po raz drugi, trzeci i n-ty pokusi się o zniszczenie swego świata. Być może, że i tym razem nie przeniknie tajemnicy starych zapisów i tradycji. 5.000 lat po katastrofie, archeolodzy będą twierdzić, że człowiek w XX wieku nie znał żelaza i nawet po intensywnych poszukiwaniach go nie znajdą. A kiedy wzdłuż niektórych granic znajdą pasy betonowych, przeciwczołgowych gwiazdobloków, to „wyjaśnią”, że były to jakieś kultowe, astronomiczne linie... Kiedy znajdą kasety magnetofonowe, to nikt nie będzie w stanie się domyślić, że to był system zapisywania dźwięku. Teksty mówiące o wielkich miastach, gdzie stały wielopiętrowe domy ogłoszą niewiarygodnymi, bo takowe nie mogły istnieć. Tunele londyńskiego metra wezmą albo za geometryczne curiosum, albo za przemyślny system kanalizacji.[162]A potem jeszcze znajdą legendy o żelaznych ptakach latających z kontynentu na kontynent i o przecudownych statkach plujących ogniem i znikających w niebie... Oczywiście będzie to tylko mitologia, bowiem - ich zdaniem - tak wielkie i plujące ogniem ptaki nie mogły nigdy egzystować[163]...[164] Punctum. Pozwoliłem sobie na takie długie cytaty dlatego, że lepiej tego się nie da już napisać... ---oooOooo--- Rozdział VII - MASKA P.GAZ W ŚREDNIOWIECZNYM RELIKWIARZU Parę słów o relikwiach - Dziwne znaleziska nad Morzem Śródziemnym - Czytamy życiorys męczennika - Wielkie Rybak z 938 roku i nadchodzące tysiąclecie - Panika w Watykanie: święte kości były z... plastyku! - Co kryją relikwiarze? W poprzednim rozdziale opisałem, jak to bohaterowie powieści Millera z zakonu oo. Albertynów starannie przechowywali szczątki cywilizacji, która in aeternam została pochowana pod ruinami, pustyniami i rozwalonymi kopułami schronów przeciwatomowych. Mogliśmy zobaczyć, jak to przedmioty codziennego użytku stawały się relikwiami i przedmiotami kultu. I nawet najmądrzejsi z mnichów, którzy wszak byli tylko strażnikami wiedzy, nie byli w stanie się nawet domyślić, czemu one służyły. Właśnie to niezrozumienie ich przeznaczenia stanowiło o ich świętości. Z takiego punktu widzenia należałoby się teraz przyjrzeć „naszemu” Średniowieczu i znaleźć choć jeden przykład na to, że „nasza” cywilizacja zetknęła się z artefaktami pochodzącymi z „tamtej” cywilizacji. O przypuszczalnym pasie „śmiercionośnych satelitów” już pisałem, jako o danaidzkim darze z przeszłości. Podobnie jak i o antycznych tekstach opisujących użycie BMR w Starożytności. Tak długo, jak nie przechwycimy choć jednego z bojowych satelitów Atlantydów[165], będziemy trzymali się twardo Ziemi, a od pisemnych przekazów - które mogą posłużyć tylko jako wskazówki - przejdziemy do materialnych dowodów. Kiedy w swej bibliotece pomiędzy tomami, do których - dzięki brakowi czasu od ich zakupienia się w ogóle nie dostałem - znalazłem paperback przekładu niemieckiego autora dr Wolfganga Jeschkego pt. „Ostatni dzień stworzenia”, po jego przeczytaniu przeżyłem niebotyczne zdumienie. Dr Jeschkemu w swej książce udało się wyrazić bardzo konkretny pogląd na to, jak powinien wyglądać d o w ó d potrzebny do wsparcia naszych rozważań. Od razu ostrzegam, że droga do tego będzie bardzo kręta, ale trudno - nie da się łatwo i prosto wywlec na światło dzienne tego, co uległo zatonięciu w oceanie czasu i teraz od czasu do czasu jego okruchy są wyrzucane na piaszczysty brzeg Dnia Dzisiejszego... Po całej epoce Starożytności - w Średniowieczu - wiara w Jedynego Boga była wspierana dzięki resztkom ciał rozmaitych świętych, ich odzieżą, przedmiotami codziennego użytku, które dotykali za życia, przedmiotami przez nich wytworzonymi i przedmiotami, które tworzyły atrybuty ich męczeńskiej śmierci czy tortur. Te święte przedmioty w biegu dziejów zbierano i starannie, pieczołowicie ukrywano w drogocennych relikwiarzach, składano w kościołach czy klasztorach bądź w majątkach osób sprawujących władzę, albo też majętnych - gdzie zachowały się do dnia dzisiejszego.[166] Niekiedy popyt na relikwie osiągał taka koniunkturę, że poczęto niemalże taśmowo produkować falsyfikaty, co doprowadziło do niebywałego chaosu. I tak pisało się np. o 13 głowach, 9 prawych rękach i 58 palcach wskazujących św. Jana Chrzciciela, które rozsiane są po wielu miastach Europy, czy jeszcze bardziej zdumiewających relikwiach w rodzaju „piórek ze skrzydeł Ducha Świętego” - że wspomnę tylko o tym, do czego ta dziwna mania doprowadziła![167] Wedle dr Jeschkego idzie przede wszystkim o dziwne znaleziska u wybrzeży południowej Hiszpanii[168], południowych Włoch, Malty, Sardynii i Balearów, które są praktycznie nie naruszone przez czas i wielce zajmujące. Pisze on o nich tak: Właściwie chodzi tutaj o ułomki materiału o brudnobiałej lub żółto-czerwonej barwie. Można tę materię uważać za bardzo starą kość słoniową, albo resztki kości, które fale i piasek przez stulecia nie tylko wygładziły, ale na dodatek zdeformowały do niepoznaki. Było teraz tylko kwestią fantazji, by tym kostnym ułomkom przysądzić historyczność i właściwy kształt - a co za tym idzie - części ciała różnych świętych, którzy podróżowali po tym świecie.[169] W kalabryjskiej miejscowości San Lorenzo k./Reggio di Calabria już od 500 lat czci się 20-centymetrowy kęs takiego materiału, jako palec wskazujący proroka Jeremiasza. W Algeciras przy Gibraltarze czci się jako relikwię kwadratowy ułamek o boku około 12 cm, który ma być fragmentem czaszki św. Jana Chrzciciela, którego obcięta głowa miała być wyrzucona przez Morze Śródziemne na wybrzeże Hiszpanii. Zgodnie z tym, co pisze dr Jeschke, najdziwniejsza rzecz spoczywała w srebrnym relikwiarzu w klasztorze św. Felicji - szło tu o doczesne szczątki św. Wita, młodziutkiego sycylijskiego męczennika z przełomu III i IV wieku. Wit, nazywany także po łacinie Vitusem, należy do dziś dnia do najpopularniejszych świętych Kościoła katolickiego. W XIV wieku przyjęto go w poczet pomocników w biedzie i od tego czasu jest on nosicielem wielu patronatów. Lista jego pośmiertnych czynności jest imponująca, jest on bowiem patronem: Saksonii, Dolnej Saksonii, Czech, Pomorza, Sycylii, Pragi Czeskiej, Mönchenglandbach, Ellwangen, Korvey, Höxteru, Kremsu, saskich cesarzy, młodzieży, karczmarzy, aptekarzy, plantatorów winorośli, aktorów, słodowników, górników i kowali, zwierząt domowych, psów i bydła. Wzywano go w przypadkach wścieklizny, epilepsji, histerii i kurczach (taniec św. Wita), chorobach uszu i oczu, utracie mowy i słuchu, moczeniu nocnemu, piorunów, niepogody, pożarów i niepłodności. Jego kuriozalną, ale bardzo ważką funkcją była ochrona cnoty dziewiczej, o czym jeszcze będzie tu mowa. Ten męczennik i święty narodził się prawdopodobnie w Marare del Vallo na pd-zach. wybrzeżu Sycylii, około roku 297 n.e. Jego pogański ojciec Hylas zażądał od niego, który był wychowany w duchu wiary chrześcijańskiej przez dojarkę Crescencję, by wyrzekł się wiary. Wit nie zastosował się do rozkazu ojcowskiego i wraz z Crescencją i wychowawcą Modestem uciekł do Lukanii, gdzie przystał do chrześcijańskiej komuny. Pewnego dnia chrześcijan wyłapano, aresztowano i w okowach dostarczono do Rzymu na dwór cezara Caiusa Aureliusa Valeriana Diocletianusa (Dioklecjana) (230-316) - panującego w latach 284-305 i ziejącego wręcz chorobliwą nienawiścią do nowej religii. Według legendy, Dioklecjan kazał wrzucić do kotła z wrzącym olejem Wita i jego opiekunów, kiedy nie przekonały go cuda dokonywane przez Wita, który m.in. uleczył z epilepsji jego syna. Z kotła cała trójka jednak wyszła bez szwanku, a i owszem, lew - który miał ich pożreć - legł przed nimi i lizał im stopy... Twego już było za wiele dla okrutnego cezara, który kazał poddać całą trójkę torturom, które pozbawiły ich życia. Ciało Wita pochowała potem jakaś chrześcijanka. Inna wersja legendy mówi, że Wit i jego współbracia zostali przewiezieni na Sycylię, albo męczennik już po próbie z wrzącym olejem został zabrany przez aniołów Pańskich do swej ojczyzny, gdzie wkrótce zmarł.[170] Żeby było już całkiem jasno, to trzeba dodać, że św. Wit ma niezwykle bogatą ikonografię. Na większości płócien czy deseczek (ikon) bywa on przedstawiany jako młodzian w odświętnej szacie z koroną męczenników na głowie. Jego atrybutami są: palma, księga, kocioł, lew, orzeł (który przynosił mu chleb niebieski), chleb i lampa. Głównym indywidualnym atrybutem świętego jest kogut - albo kogut na księdze - co nie jest zupełnie jasne. Brokoffowa rzeźba na praskim Moście Karola przedstawia młodego Wita w bogatej szacie na wierzchołku góry z wężami i lwami, z których jeden łasi się mu do nóg. Na kamieniach wokół niego widzimy zmiażdżone kości. W roku 583 - w czasie zwiększonego popytu na relikwie - jego ciało zaczęto „porcjować”: tułów wywieziono do Włoch, oddzielone kończyny pozostały na Sycylii. Opat Fulrad de St. Denis przewiózł ciało do swego klasztoru w 756 roku, gdzie pozostało aż do roku 836, kiedy to opat Hilduin przekazał go opactwu Korvey n./Wezerą. Szczątki męczennika dalej rozsyłano po Europie. Jedno ramię dostał w 922 roku czeski książę Wacław, który kazał wybudować rotundę poświęconą temu męczennikowi na miejscu, gdzie do dziś dnia stoi klasztor św. Wita. W 1355 roku, z rozkau cesarza Karola IV próbowano zabrać relikwię ciała św. Wita, ale zamiar ten nie został nigdy wykonany i od tego czasu św. Wit stał się patronem niebieskim Królestwa Czeskiego. Cześć i respekt, jaki zdobył sobie św. Wit pośród ogromnej plejady świętych spowodowały to, że jego imieniem zaczęto nazywać nowopowstałe klasztory, chramy i inne miejsca kultu. Aż 150 miast chlubi się tym, ze do dziś dnia posiada szczątki tego świętego w swych świątyniach, a co najmniej dziesięciokrotnie więcej ustanowiło go patronami swych kościołów czy całego miasta. I tak do tych przesławnych miejsc, w których znajdują się kości św. Wita należy klasztor w Korvey an Weser, który był kiedyś centrum kultu tego świętego. Znajduje się tam najdelikatniejszy ze szczątków młodego świętego - jego członek, który wdzięczny męczennik dał na patronat nad niewinnością panien i kobiet, a który wyszedł na światło dzienne w X wieku w Palermo. Pierwsza pisemna wzmianka o tej relikwii miała pochodzić z 938 roku, z klasztoru św. Felicji, gdzie bardzo długo ją przechowywano. Relikwię tą wyłowił pewien rybak wraz z 12 rybami, (co oczywiście uznał za znak Boży), po dwóch dniach zmagania się ze sztormowym morzem. Był on zamknięty w futerale z jasnoszarego metalu, mającego kształt węża o długości pół stopy. Pełen wdzięczności za swe cudowne ocalenie, rybak przekazał swe znalezisko opatowi klasztoru św. Felicji, który tą dziwną rzecz od razu schował pod kluczem. Przede wszystkim ukrył ją przed wzrokiem kobiet, bowiem mogła ona w nich wzbudzać niezdrowe myśli. Stało się to w połowie IX wieku.[171] Los był dla owej dziwnej rzeczy niezmiernie łaskawy i przeżyła ona bez żadnego uszczerbku straszliwy pożar, który w 922 roku spustoszył stary klasztor św. Felicji, a w roku 932 przeniesiono ją do nowego klasztoru, gdzie spoczywa do dnia dzisiejszego. W a. D. 1277 młody opat Ambrosius uprosił za pośrednictwem arcybiskupa Palermo uwiarygodnienia relikwii u papieża. Do Palermo przybyły raz za razem dwie komisje wyższych duchownych, by zbadać ten dziwny przedmiot - niestety, papież Mikołaj III nie był w stanie na podstawie tych raportów wydać jakiegokolwiek orzeczenia. Znalezisko znalazło się w próżni do czasu, kiedy to papież Bonifacy VIII w roku 1296 powołał kolejna komisję, ale rzecz szła niezwykle ciężko, jak po grudzie. Dopiero po siedmiu latach dyskusji, udzielił on w roku Pańskim 1303 - na krótko przed swoją śmiercią pontifex maximus - tej relikwii swe błogosławieństwo. To, co się stało potem, komentuje dr Jeschke: Od XIII stulecia ten przedziwny przedmiot w kształcie węża, który najwyższa instancja Kościoła katolickiego potwierdziła jako symbol chrześcijańskiego cudu i świadectwo niezwykłego męstwa Sycylijczyków (sic!!!), znalazł się w cyzelowanym i wyłożonym jedwabiem srebrnym relikwiarzu, który wystawiano i otwierano raz na stulecie przy święcie centenarium św. Felicji, tak iż każdy mógł obejrzeć szczątek ciała (nie kości!) świętego, który nie ulegał rozkładowi. Profesor medycyny z Palermo dr Angelo Buenocavallo napisał o >>il gazzo di Sta. Felicita<< polemiczny traktat, gdzie twierdził, że nie idzie tutaj o ciało ludzkie, a o >>jeden z pogańskich przyrządów zrobionych z kości słoniowej, na którym to instrumencie muzułmańscy minstrele wydobywali miłe uchu tony muzyki, które tak lubił jakiś mamelucki król.<<[172] To, co potem nastąpiło, nie powinno dziwić nikogo. Książka profesora została wyklęta i spalona na stosie, jako herezja. Buenocavallo temu losowi się wywinął tylko dlatego, że zdążył zbiec do Padwy, gdzie w tamtejszym uniwersytecie zasłynął jako doskonały anatom. Tymczasem „instrument muzyczny św. Wita” powoli pokrywał kurz i pył zapomnienia, aż do 1938 roku, kiedy to znów udostępniono go publiczności z okazji święta milenium św. Felicyty (Felicji). Potem nastąpił krótki atak ze strony profesora tarenckiego gimnazjum, faszysty Luigi Risotto na łamach faszystowskiej prasy, gdzie uderzył on w relikwię i jej kult z najcięższych dział: Fakt, że Kościół katolicki jeszcze w XX wieku oddaje cześć członkowi męskiemu jakiegoś świętego jest wręcz niewiarygodnym skandalem!... Tak naprawdę, to jest to nic innego, jak kawałek fajki jakiegoś Maura. Hmmm... - bardzo pięknie, tylko tyle, że w swej naiwności i zacietrzewieniu profesorowi-faszyście umknął fakt, że ten „kawałek gumy” wzmiankowano pisemnie już w X wieku, a w a. D. 1303 był on wystawiony jako relikwia. Żeby było ciekawiej i śmieszniej, to Arabowie zaczęli palić tytoń dopiero w XVI wieku! Fajki wodne wynaleziono w roku 1612, a dokonał tego kawiarz, niejaki Zijad (Zidżad) Kawad, który po długim namyśle wynalazł narghile, by podnieść atrakcyjność swego lokalu... Z Damaszku ten wynalazek rozpełzł się po części Europy - od Budapesztu po Sewillę i Afryki z Azją - od Dar-es-Sallam do Hajdarabadu - czyli wszędzie tam, gdzie sięgały wpływy arabskie. W 1961 roku, na polecenie papieża Jana XXIII zaczęła pracę - bez zbytniego rozgłosu - specjalna komisja, która miała zweryfikować dziedzictwo materialne świętych Kościoła katolickiego, a zatem wszystkie relikwie. Watykańscy eksperci po pięciu latach badań zaewidencjonowali 3.786 egzemplarzy pozostałości po świętych, z których 1.284 uznano za oficjalne przedmioty kultu; 1.544 zalecono tolerować, zaś 958 pozostało tam, gdzie są teraz - ale oficjalnie czczono je w wyjątkowych wypadkach... Śledztwo to przyniosło jeden nieoczekiwany skutek - okazało się bowiem, że więcej niż w 1.000 przypadków, szczątki kostne wykonano z materiału o barwie brudnobiałej czy żółtoczerwonej - i jak powtarzało się to we wszystkich relacjach - przypominającego starą kość słoniową.[173] Próbki tego materiału przekazano Watykańskiemu Laboratorium Fizycznemu, gdzie poddano je analizie metodą radionuklidu węgla 14C. I teraz uwaga! - testy na obecność węgla-14 wykazały, że w inkryminowanych próbkach go w ogóle n i e było!!! A to oznaczałoby, że próbki te były starsze, niż 20.000 lat - a zatem n i e mogło tutaj iść o szczątki chrześcijańskich świętych!!!... Świat miał powstać w dniu 23 października 4004 roku przed Chrystusem, jak wyliczył to abp William Ussher, a zatem ten „flet” czy „członek” św. Wita był z czasów przedbiblijnych. Ekspertyza ta trafiła tam, gdzie zazwyczaj lądowały dokumenty sprzeczne z nauką Kościoła katolickiego - w dziale prohibitów archiwum watykańskiego, bowiem nie była zgodna z założeniami kultu świętych.[174] 2 marca 1969 roku, arcybiskup Palermo otrzymał polecenie od papieża Pawła VI przywiezienia w całkowitej tajemnicy na zamek św. Anioła relikwii św. Wita. 5 marca relikwię dostarczono do Rzymu i okazano ją Ojcu Świętemu, który ja obejrzał ze wzrastającym zniechęceniem. Potwierdziły się bowiem jego najgorsze przeczucia. Badania w WLF potwierdziło, że materiał relikwii nie buł organiczny, ani nieorganiczny - mogło w jej wypadku iść t y l k o o materiał syntetyczny.[175] Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten cały il grazzo di Sta. Felicita wedle Jeschkego był wielce podobnym do... karbowanego przewodu masek tlenowych do lotów wysokościowych pilotów odrzutowców! Ewentualnie do rur współczesnych masek p.gaz., używanych przez wszystkie armie świata do ochrony przez wszelkimi BMR. Przede wszystkim pozostało niewypowiedziane pytania: Gdzie na kilka stuleci przed wynalezieniem tworzyw sztucznych wyprodukowano taki materiał? Skąd się on wziął w Średniowieczu, w którym już wtedy wykazywał niezwykle podeszły wiek. Watykańscy fizycy stanęli w obliczu zagadki, której nie udało się wyjaśnić przy pomocy żadnego logicznego rozumowania i technicznego oprzyrządowania.[176] „Flet św. Wita” znikł ponownie z pola widzenia i jego ponowne „znalezienie” na potrzeby dokładnego zbadania jest porównywalna tylko z szansą, jaka miał rybak Rossa, który wyłowił go z morza z dwunastoma rybami... A my możemy postawić pytanie: Co jeszcze kryje się w ozdobnych pudłach relikwiarzy, włożone pomiędzy kości i odzież świętych? Ten interesujący, ale dla zwykłego badacza niedostępny materiał należałoby zbadać obiektywnie i bez uprzedzeń, a wtedy przyniósłby on zapewne obiektywne przesłanki do wyciągania wniosków. Te ostatnie wyciągane przez komisje kościelne są dla nas niedostępne - i należą do tych rzeczy w Watykanie, o których dla dobra Kościoła katolickiego nie mówi się głośno. Ciekawe są wnioski z ekspertyzy antropologicznej kości i innych resztek pozostałych po świętych Cerkwii prawosławnej, których badanie wykonano w klasztorach byłego Imperium Sowieckiego w latach 1919-1920. Rzecz była dokonaną - niestety - w sposób co najmniej barbarzyński, zgodnie z założeniami ideologicznymi Sowietów, którzy chcieli raz na zawsze skończyć z „religijnymi przeżytkami”. Przedstawiam tutaj wyciąg z protokołów komisji ówczesnego GPU mówiącymi o osobliwych znaleziskach w prawosławnych relikwiarzach. Przeczytajcie i osądźcie sami: Relikwie Data i miejsce Wyniki ekspertyzy Artemija Wierkolskiego 20.XII.1918. Archangielskaja Obłast’ Grób składający się z 3 części: w pierwszej - wata, w drugiej - cerkiewny złotogłów, w trzeciej - niewielka czerwona trumna, przewiązana sznurem i opieczętowana, po jej otwarciu znaleziono: węgle, okopciałe gwoździe i ani śladu po kościach. Awramija Męczennika 12.II.1919. Władimir Po zdjęciu pokryw znaleziono watę w której leżało kilka kości, przynajmniej dwóch ludzi. Jedna kość była zupełnie nowa. Wata znajdowała się we wnętrzu czaszki. Księcia Gieorgija 15.II.1919. Władimir Zmumifikowany trup w szatach jedwabnych ze znakami towarowymi. Księcia Gleba 13.II.1919. Władimir Kościotrup obciągnięty wysuszoną skórą. Księcia Andrieja 13.II.1919. Władimir Wielka ilość waty w książęcych szatach, w wacie kości z widocznymi obrażeniami. Księcia Gawriłła 17.II.1919. Juriew Polskij Szkielet leżący w wacie. Brak kości drobnych wszystkich kończyn. Znaleziono żeberko dziecka. Daniły Prepodobnego 20.II.1919. Perejesławl Kości. Pietra i Fiwronii 10.II.1919. Murom Skrzynia podzielona na dwie części, w każdej znajdują się kości, które wydawały zapach zgnilizny. Książąt: Konstantina, Michaiła, Fiodora i matki Iriny 07.II.1919. Suzdal’ 4 worki z kośćmi, czaszki wypchane watą. Episkopa Joana 11.II.1919. Suzdal’ Szkielet pod grubą warstwą waty pokryty skórą. Spodnia warstwa kości zmieszana z gliną. Jefrosinie Suzdalskiej 12.II.1919. Suzdal’ Figura z odłamkami kości. Jefriemija Suzdalskiego 12.II.1919. Suzdal’ Kupa zetlałych ze starości kości. Fieodozji Totiemskiej 17.IV.1919. Tot’ma Zmumifikowane ciało w znacznym stopniu zetlałe. Prokopija Ustjańskiego 06.III.1919. Wielsk Zmumifikowane ciało. Mitrofana Woroneżskiego 03.II.1919. Woroneż Czaszka z przylepionymi włosami, wata, kilka rękawic, wypchane worki zamiast środkowej części ciała. Tichona Zadońskiego 28.I.1919. Zadońsk Czaszka - wysuszona i rozpadająca się na proch. Karton zabarwiony na kolor ciała, falsyfikaty rąk i nóg zrobione z waty i kartonu. W rękawicy karton. Damskie pończochy, buty i rękawice. Simeona Prawiednyjego 25.IX.1920. Jekaterinburg Kości ciemnoczerwonej barwy pokryte pleśnią. Czaszka pusta w środku. Brak kości stóp. Poza tym jakieś niezidentyfikowane, zetlałe kości. Pomiędzy czaszką a miednicą - wata. Niewielka ilość nieznanej materii w kolorze ciemnoczerwonym, rozsypującej się na proszek. Siergieja Radoneżskiego 11.IV.1919. Siergiejew Ubiór przeżarty przez mole, wata, fragmenty ludzkich kości i cała masa martwych owadów: moli, motyli, itp. Na czaszce widoczne są czerwonawe włosy. Sawy Starożewskiego 17.III.1919. Moskowskaja Obłast’ Kłąb waty, w którym znaleziono 33 bardzo zniszczone i połamane kości. 2 monety o nominałach: 20 i 10 kopiejek. Antonija, Joana, Jewstafija Brak danych Moskwa Zmumifikowane ciała, trumna, ikona z kwadratowym otworem wypełnionym woskiem z kością o rozmiarach 2,5 x 3,7 cm. Gawriłła Męczennika Brak danych Moskowskaja Obłast’ Brak danych. Episkopa Nikity 03.IV.1919. Nowgorod Na wpół zniszczony kościotrup w kilku miejscach pokryty skórą. Na grzbiecie brak skóry. Zachowana jedna stopa. Mstisława Udałogowego 03.IV.1919. Nowgorod Ludzka czaszka oddzielona od korpusu, także obie ręce. Szkielet jest podniszczony. Brak nóg. Przy prawym boku odzież i sczerniałe kości. Księcia Władimira 03.IV.1919. Nowgorod Kupa czarnych kości i szczątki odzieży, czaszka rozwalona na dwie połowy. Kości nie mają nic wspólnego z czaszką. Anny, żony Jarosława 03.IV.1919. Nowgorod Niekompletny szkielet, gdzieniegdzie na kościach skóra. Czaszka zniszczona. Księcia Fiodora, brata Aleksandra Newskiego 03.IV.1919. Nowgorod Brak stóp, czaszka leży oddzielona od reszty ciała, skóra na grzbiecie kościotrupa zetlała. Joana Nowgorodskiego 03.IV.1919. Nowgorod Nieforemna kupka kości, czaszka na poły rozpadnięta i sczerniała. Kiriłła Nowoje zierskiego Luty 1919. Biełoziersk Figura obrazująca człowieka. Trochę kości, na czaszce dwie monety z 1740 i 1747 roku. Jakowa Borowiczskiego 30.III.1919. Brak danych Kości porozrzucane chaotycznie bez ładu i składu. Aleksandra Swirskiego 22.X.1918. Łodieńskij Ujezd Trumna metalowa o wadze 40 pudów[177], a w niej woskowa figura. Wsiewołoda Gawriłła 27.II.1919. Pskowskaja Obłast’ Cynowa skrzynia z różnymi kośćmi, na dnie: popiół, wapno i kawałki drewna. Trzech Afoskich Męczenników: Jefriemieja, Ignatija i Akakija Brak danych Bałaszow W srebrnej skrzynce kilka ludzkich kości na zielonej poduszce. Niczym się nie różnią od kości innych zmarłych. Brrr...! I na tym zakończymy tą ponurą kronikę. Prawdę powiedziawszy, to nie dziwię się, że rosyjscy komuniści tak starannie zabalsamowali ciało Włodzimierza Ilicza Ulianowa-Lenina, choć - a może właśnie dlatego - spowodowali tak upadlający los świętym szczątkom męczenników Matki Rusi... BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN Rozdział VIII - TEMPLARIUSZE A BMR Pierwsze spotkanie z Bafometem - Historia na opak: Bomba A w rękach Templariuszy - Ognisty chrzest, albo porażka sułtana Bajbarsa - Zwycięstwo pod Bagdadem - Armia Templariouszy w państwie Dżyngiz Chana - Upadek Chana Chanów - Ostatni rozkaz Guillame’a de Beaujeau. A to było tak: Guillaume de Beaujeau stał nieruchomy jak posąg mając na wszystko baczenie. Zauważył, że Bajbars został ze swoją jazdą z tyłu i jego proporce utworzyły tam zieloną plamę. Sztywność wnet go opuściła i zwrócił się nagle ku jednej z balist, którą żartem zwano >>Szkaradną Siostrzyczką<<, i osobiście włożył do łyżki na końcu jej ramienia jeden z magicznych pocisków. Obsługa machiny bojowej starannie wycelowała według jego wskazówek. Dowódcy pozostałych machin zachowali się dosłownie według jego rozkazu. Atakujący się przybliżali. Już można było ujrzeć śniade twarze, krótkie brody i pogardliwe uśmiechy na wargach. Potem chorągiew Baussanta dwukrotnie się pochyliła. uwolnione ramiona balist rzuciły w dal swój śmiercionośny ładunek i... - i to, co potem nastąpiło przypominało Apokalipsę. Wybuchy atomowych granatów urządziły w szeregach Mameluków straszliwą rzeź. Rozerwane wybuchami ochłapy mięsa latały wokół. Potworny błysk niebiesko-białego światła oślepił saracenów, zgromadzonych od szczytu aż po mury miasta. Potem podniosły się ogromne wirujące obłoki pyłu, które zaćmiły słońce. Niektórzy się obawiali, że ono zgaśnie zdmuchnięte tym strasznym wybuchem. Francuski pisarz Pierre Barbet, który ten niesamowity opis starcia armii Templariuszy uzbrojonej w atomowe pociski, z wojskami sułtana Bajbarsa umieścił w drugim rozdziale swej zajmującej powieści z gatunku historical fiction pt. „Państwo Bafometa”[178], jest bez wątpienia autorem z niezwykłą inwencją. Ta ostatnia - jak to wynika z podziękowania we wstępie do jego książki - wynikała ze znajomości z niekonwencjonalnym historykiem dr Jean-Claude Laburthem, który był bardzo pomocny przy wymyślaniu fabuły do tego dzieła. Co właściwie zainspirowało francuskiego autora do opracowania alternatywnej historii wypraw krzyżowych i wyposażenia ich - średniowiecznych rycerzy - w broń atomową? I tutaj właśnie zaczyna się szukanie nietradycyjnych odpowiedzi na pytania, o których szkolne podręczniki historii milczą jak zaklęte... Jak powszechnie wiadomo, wojenny zakon Templariuszy założono z inicjatywy francuskiego rycerza Hugona de Payns i jego przyjaciela Godefroia de Saint-Omera na przełomie lat 1118 i 1119. O tym pierwszym mamy bardzo skąpe informacje. Hugo de Payns urodził się - jak to wynika z jego nazwiska - w Payns, około roku 1080. Był on członkiem Rady Szampanii i to nie byle jakim, bo jego podpisy figurują na dwóch ważnych dokumentach hrabiego z Troyes. Na jednym z nich, datowanym 21 października 1110 roku, podpisał się on jako Hugo Paenz, na drugim zaś jako Hugo de Paenciis. Powszechnie panuje pogląd, że uczestniczył w I Wyprawie Krzyżowej hrabiego Bloisa de Champagne. Całkiem dobrze znał Goddfrieda de Boullion i jego dwóch braci: Balduina (Baldwina) i Eustachego de Boulogne oraz ich bratanka Baldouina de Bourg, hrabiego Edessy, który przyjął koronę Jerozolimy pod imieniem Balduina II. Wydaje się, że powrócił on na Zachód w latach 1104-1105 wraz z Hugonem de Champagne. Był żonatym i miał jednego syna Theobalda de Pahons, który w 1139 roku został opatem klasztoru oo. Cystersów w Sainte-Colombe-de-Sens.[179] Jeszcze mniej wiemy o tym, jaki był bezpośredni powód, który nakazał francuskiemu szlachcicowi utworzenie nowego zakonu Templariuszy - Rycerzy Świątyni - a dokładniej: Fratres Militae Templi - Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis. Książka Barbeta przenosi nas do października 1118 roku, do Wschodniego Lasu pod miasteczkiem Troyes: Hugon de Payns ścigając dzika wraz z czterema psami zapuszcza się coraz dalej i dalej w głąb dzikiej puszczy. Mroczny las ustępuje moczarom i na ich skraju jeźdźca oślepia nagły, silny błysk, który płoszy konia. Jeździec spadając z konia traci przytomność. Kiedy ją odzyskuje, widzi, że zapadła noc i na niebie świeci jasny Księżyc. Powierzchnia jeziora wzburzyła się, a z głębin bagniska występuje jakaś metalowa kula, w której ukazuje się okrągły otwór, z którego bucha szkarłatne światło, na tle którego ukazuje się jakaś astralna sylwetka: Przerażony Hugo de Payns ujrzał diabelskie stworzenie. Lewicą przeciera szeroko otwarte ze zdumienia oczy, jakby się chciał upewnić, że nie ma do czynienia z nocnym koszmarem. Przed nim, o kilka kroków, stoi dziwna istota z gołą czaszką, z której wychodzą dwa krótkie rogi. Jej dłonie z pazurami obejmują metalową krawędź luku. Wydaje się, że ten karzełek jest taki mały, ma małe piersi, ale z grzbietu wyrastają mu dwa skrzydła. Jakby ożył stary rysunek - demon z piekła rodem wyszedł, by kusić dusze chrześcijan... Kosmita - bo idzie właśnie o niego - który rozbił swój statek na Ziemi stał się rozbitkiem kosmicznym - kazał się nazywać Bafometem i nawiązuje dialog ze zszokowanym rycerzem, któremu wyjaśnia swą sytuację i wciągnie go do współpracy. Krótkie wyjaśnienie: słowo Bafomet czy też Baphomet pochodzi z arabskiego abu fihamet, które w maurskiej Hiszpanii wymawiano jako ‘bufimihat, co oznacza tyle, co ojciec mądrości czy ojciec zrozumienia, co jeszcze inaczej można przełożyć jako źródło mądrości. Inne wyjaśnienie uważa, że chodzi tutaj o anagram imienia Mahomet czy Mohamad - dlatego we francuskiej Lagwendocji muzułmanów nazywano Bafomerianami. Za to, że Hugonowi ludzie będą przynosili różne rzeczy mu potrzebne, Hugon stanie się Wielkim Mistrzem nowoutworzonego zakonu. Dziwna istota z Wszechświata dotrzymała słowa. Poparła złotem powstanie Templariuszy, którym szefuje Hugo de Payns, a po jego śmierci wspiera jego następców nie tylko grubymi sztabami złota, ale i posążkami, w których ukryto środki łączności, za pośrednictwem których mogli utrzymywać oni łączność nawet z najbardziej oddalonymi komturiami, a także dano im do dyspozycji BMR służące do prowadzenia wojny w Ziemi Świętej. Na plus tej interpretacji Barbeta świadczy przede wszystkim tekst aktu oskarżenia przeciw Templariuszom, który podpisał papież w dniu 12 sierpnia 1308 roku. M.in. oskarżano ich o to, że: ... we wszystkich prowincjach modlili się oni do wizerunku głowy, która miała albo trzy, albo jedna twarz, której się Templariusze kłaniali i twierdzili, że ta głowa może ich uratować, i że daje zakonowi wielkie bogactwa... Idola tego gdzie indziej opisuje się jako: ... miedzianą głowę odpowiadającą na wszystkie pytania w formie proroctw. Oczy głowy były jako rubiny jak jasne niebo, a powierzchnia była jako polerowane srebro pozłacane. Jest to Boży przyjaciel, który rozmawia z Bogiem, kiedy tylko zechce - a nazywa się BAFOMET - jak opowiadał jeden z przesłuchiwanych Rycerzy Świątyni.[180] Templariusze także dotrzymują warunków umowy. W Bonlieu, Piney, Roysone i Bovy budują wojskowe obiekty, które bronią wstępu do lasu z moczarem przy Troyes, a Wielcy Mistrzowie rządzą wedle poleceń Bafometa. Radiostacje ukryte w każdej figurce w każdej komandorii umożliwiły Kosmicie sprawować kontrolę nad ludźmi Zakonu. W 157 lat po spotkaniu Hugona de Payns z Bafometem, Pierre Barbet przenosi nas do roku 1275, kiedy to Guillaume de Beaujeau - ówczesny Wielki Mistrz Templariuszy - stoi na pokładzie okrętu flagowego, płynącego do Ziemi Świętej. W tym czasie komandorie w Europie przeżywają swój rozkwit, a egipski sułtan Bajbars wypiera chrześcijan z Caesarei, Jaffy i Antiochii... Z niegdysiejszego państwa Krzyżowców na Bliskim Wschodzie pozostał jedynie strzęp ziemi Trypolisu, Akki i Sydonu, którego suwerenność była stale zagrożona napadami pogan. W tym czasie sytuacja polityczna Ziemi Świętej była stabilizowana dzięki umowie o przymierzu, zawartej pomiędzy księciem Edwardem a mameluckim sułtanem Rukn ad-Dinem Bajbarsem Bundukdarim z dnia 22 maja 1272 roku. O tym, że Bajbars mógł wbrew umowie zniszczyć państwo Krzyżowców koło Akki kiedykolwiek tego zapragnął, wyraźnie świadczy fakt, że zaraz po podpisaniu tego protokołu najął płatnego mordercę w celu zabicia angielskiego księcia. Morderca przebrany za chrześcijanina przeniknął w pobliże Edwarda i pchnął go zatrutym sztyletem. Wbrew temu, Edward nie zmarł i w ciągu kilku miesięcy Bajbars grał swą brudną grę aż do kończ, obłudnie życząc Edwardowi długiego życia i rychłego powrotu do zdrowia.[181] Po krótkim postoju na Cyprze, gdzie wysłannicy Templariuszy odwiedzili króla Hugona III, do ich floty dołączyło następnych 5 okrętów, tak że do portu fortecy w Akkce przybiło 16 jednostek. Tutaj Guillaume de Beaujeau spotkał się z wysokimi rangą wojskowymi. Byli to Otto de Granson - dowódca kontyngentu króla angielskiego, dowódca francuskich Krzyżowców Jean de Grailly i Wielki Mistrz Zakonu Joannitów - Jean de Villiers ze swą świtą. Na naradzie w sali kapitulnej, Wielki Mistrz Templariuszy przedstawił plan oswobodzenia Ziemi Świętej z rąk niewiernych poddanych sułtana Bajbarsa, przy którym zgromadzeni panowie wymienili zdumione spojrzenia. Czy Wielki Mistrz Templariuszy zwariował? No bo jak nazwać inaczej jego pomysł, aby nieliczne wojsko chrześcijańskie składające się z 2.000 konnych i 12.000 piechoty opuściło fortyfikacje i stanęło naprzeciw mameluckiej armii składającej się z 40.000 jezdnych i 100.000 piechoty? Guillaume de Beaujeau miał w rękawie tajnego asa. Zaprzysiągł swych rozmówców, i by pokazać im niszczącą siłę tajnej broni, dokonał on próbnej eksplozji jednego z atomowych granatów na wzgórzach Toron. Zszokowani oficerowie i ich wodzowie po obejrzeniu efektów wybuchu od razu przystąpili do realizacji templaryjskiego planu. Plan ten zasadzał się do wypadu zjednoczonej armii składającej się z zakonnych wojsk Templariuszy i Joannitów wraz z kontyngentem anglo-francuskim i zaciężnym wzdłuż wybrzeży, ku twierdzom Pelerin i Nabulus (Nablus). Najgroźniejszą bronią miały być kołowe balisty i katapulty, których obsługa miała razić nieprzyjaciela przy pomocy pocisków „magicznego ognia”, a celem miała być każda większa grupa wojsk Bajbarsa. Poza tym jeźdźcy mieli przy pomocy ręcznych wyrzutni granatów pustoszyć szeregi nieprzyjaciela małymi ładunkami wybuchowymi, i tymże sposobem mała ilość wojsk własnych mogła zadać nieprzyjacielowi straszliwe straty, pomimo 6-krotnej przewagi tego ostatniego. Po trzydniowej mobilizacji, wojsko Krzyżowców przeszło przez bramę św. Antoniego i udało się po wydmach na wybrzeże. Pierwsze godziny marszu - jak należało oczekiwać - nie przyniosły żadnych ciekawych wydarzeń, poza piekielnym żarem dnia, który musieli znosić aż do pierwszego popasu w Hajfie, nad zatoką pod górą Karmel. W pobliżu miasta rozbito obóz mimo lecących strzał z jego murów, zaś mieszczanie wzywali pomocy od sułtana Bajbarsa. Ten zaś musiał poczekać kilka dni na zebranie swych wojsk, i tak mieszkańcy Hajfy za murami nie robili sobie żadnych złudzeń. Tymczasem Wielki Mistrz nie miał zamiaru tracić czasu na zdobywanie Hajfy, więc pozostawił pod murami miasta niewielki oddział do blokowania miasta, a sam pociągnął ku Jaffie. Szybko przebył górę Karmel, Mt. Pellerin i także Caesareę. Przekroczyli płytkie rzeki ciągnące od Gór Samaryjskich i wstąpili na szarońską równinę. I następna dygresja. Kraj, przez który szła armia Krzyżowców był w przeszłości teatrem niejednej wojny. W działaniach wojennych z lutego 1264 roku, Bajbars po czterech dniach oblężenia zdobył i zrównał z ziemią Caesareę i to samo zrobił z Hajfą. Po nieudanym oblężeniu templaryjskiej twierdzy Athlit zaatakował on joannicką twierdzę Arsuf, które twardo broniły trzy setki obrońców. Kiedy po poniesieniu ciężkich strat rycerze poddali się na podstawie bajbarsowskiego słowa honoru, o wyjściu wolnymi z miasta - nie wyszli spod murów żywymi... Guillaume de Beaujeau liczył się z tym, że zaraz się zaczną poważne problemy. Alarm ogłoszono, muzułmańska armia powoli przybliżała się do linii Krzyżowców. Krzyżowcy musieli co rychlej dojść do brzegów Yarqonu, by uzupełnić swe zasoby wody, zaś flotylla dowodzona przez Karola de Anjou płynęła wzdłuż brzegu, by ubezpieczać atak od strony wody. W dziesiątym dniu po wyjściu z miasta, chrześcijanie przekroczyli Yarqon i z usianego grobami wzgórza ujrzeli białe mury Jaffy. Drogę do jej bram blokowała armia mamelucka tak ogromna, że okrzyki wojenne zamarły im na ustach. Krzyżowcy szybko przygotowali się do ataku przy pomocy miotaczy. Bajbars nie bawił się w przygotowania i pchnął swe wojska do ataku. W tej chwili Wielki Mistrz dał rozkaz do ataku atomowymi granatami - resztę znamy z początku tego rozdziału... Nawet z tej odległości można było zobaczyć białe zęby na czarnym tle spalonego mięsa. Kilku mężczyzn, którzy jakimś cudem przeżyło ta gehennę atomowego ataku, leżało na ziemi. Byli wstrząśnięci nagłą i straszliwą katastrofą. Kilka stosów ciał paliło się, a gęsty dym kładł się nisko na ziemię, jakby chciał zakryć ten straszny widok. Gdzieś z dala galopowały konie bez jeźdźców. Zapadła martwa cisza... Rycerze doszli do miejsca ataku. Obeszli jeszcze dymiące kratery i przechodzili koło stosów trupów. Ludzie i konie przemieszali się ze sobą, ze zwęglonych ciał dochodził straszliwy fetor palonego mięsa. Kości pokrywały strzępy spalonej i spieczonej skóry. W tej masie nie można było rozpoznać trupa sułtana, ale tak czy inaczej Bajbars był już tylko przeszłością i Krzyżowcom już nikt nie mógł stawić oporu. W rzeczywistości Bajbars zmarł w lipcu 1277 roku, po nieudanej wyprawie przeciwko Mongołom i Turkom Seldżuckim w Cylicji. Jego koniec był taki sam, jakim było jego życie. Tradycja mówi, że zmarł po wypiciu zatrutego kumysu, który sam przyprawił dla swojego wroga, a potem przez pomyłkę wypił - co zakrawa na kiepski dowcip o szczycie roztargnienia - sic! Saraceńscy dowódcy Jaffy zdecydowali się bronić za murami swojego miasta, ale kiedy zdetonowano im nad głowami jeden z mniejszych granatów atomowych, to nie było już w Jaffie człowieka, który stawiłby nawet symboliczny opór... Krzyżowcy wtargnęli do otwartego miasta i rozpoczęła się masakra, po której krew płynęła ulicami, jak woda deszczowa po oberwaniu chmury. Omni principium grave - każdy początek jest trudny - ale w czasie, kiedy zdobycie Ziemi świętej stało się faktem dokonanym raz rozwinięta spirala wydarzeń nie mogła się już zatrzymać. Armia Krzyżowców zaczęła odprawiać swój tryumf, a tymczasem Guillaume de Beauajeau zwołał kolejna naradę wojenną. Według tajnych instrukcji Bafometa, które był otrzymał drogą radiową, przedstawił im dalsze interesujące plany wojenne. Ku zdumieniu swych towarzyszy broni, powierzył on pacyfikację Ziemi Świętej tajnym rywalom Templariuszy - Joannitom i chrześcijańskim rycerzom najemnym. Templariusze mieli zaokrętować się na pokłady galer, które uczestniczyły w boju o Jaffę i przeprawić się morzem do Aleksandretty[182], skąd mieli oni pociągnąć przez księstwa Antiochii[183] i Edessy[184] do Chanatu Abakańskiego w Persji, a po zniszczeniu jego armii zaatakują Chanat Kajduwu, który rozciągał się na południe od jeziora Bajkał. A dalej - jak przekonywał swych rozmówców Gillaume de Beaujeau - należy zniszczyć samego wielkiego Chiubilaj Khana (Kubłaja Chana) - a kiedy to się stanie, wiara w Chrystusa będzie rozszerzona od Syrii do granic Kathaju![185] Usiłowania połączenia chrześcijańskich królestw z państwem Wielkiego Chana datują się już od pontyfikatu papieża Innocentego IV, który w 1245 roku wyprawił poselstwo kierowane przez franciszkanina fra Giovanniego de Plano Carpiniego, w celu nawrócenia Wielkiego Chana na prawdziwą wiarę. Kujukchan, który w Karakormie przyjął poselstwo Innocentego IV nakazał o. Carpiniemu, by powiedział papieżowi, że uznaje go za swego poddanego i by mu dał pokłon. Następną misję posłał francuski król Ludwik IX za pośrednictwem franciszkanina o. Williama Rubroeka. Ojciec William w latach 1253-1255 pokonał drogę liczącą 17.000 km na dwór Manguchana do Karakoramu i z powrotem po to tylko, by powrócić do kraju z listem mówiącym, że Ludwik IX ma oddać podobny hołd Wielkiemu Chanowi w każdym roku... Jedynym problemem było to, że Templariusze mieli ograniczoną ilość broni atomowej i temu faktowi musieli oni podporządkować wszystko - w tym swą strategię. By tak się nie stało - chodzi o brak atomowych granatów - doszło do rozmowy z bratem parającym się alchemią - o. Joubertem, dzięki któremu Wielki Mistrz miał nadzieję, że uda się mu je pomnożyć. Ojciec Joubert mu to przyrzekł, a że był on znawcą dzieł Arnaldo de Villanova, wedle których cała materia jest wytworzona z pierwotnej substancji zwanej prima materia albo też lapis philosophorum przy pomocy którego można strukturę dowolnej materii. Arnaldus de Villanova żył w latach 1235-1312 był przesławnym lekarzem i znawcą hermetycznej wiedzy, która studiował w krajach arabskich i Hiszpanii. Jego najbardziej znane dzieło - „Rosarium philosophorum” zawiera 9 monumentalnych traktatów alchemicznych o multiplikacji.[186] Z kolei Albertus Magnus von Böllstadt żył w latach 1193-1280 i jest uznany za ojca chrzestnego europejskiej alchemii, (za co przyznano mu Koronę Adeptów), której był bez reszty oddany i przeświadczony o jej słuszności jako metody badawczej, co wynika zresztą z jego traktatu „De mineralibus”. O. Joubert spotkał się przed kilku laty z saraceńskim lekarzem Dżafarem, który studiował rękopisy al-Gebera[187], arabskiego alchemika z VIII wieku. Opisywał on tam cudowną i przedziwną skrzynkę, która powielała włożone do niej przedmioty. Ba! - co więcej - skrzynkę tą saracen wydobył z wraku jakiegoś diabelskiego statku, który zniszczony po żarem walał się na pustyni opodal Aleksandretty. A wszystko wskazywało na to, że był to statek identyczny z tym, który spadł z Bafometem na pokładzie nieopodal Troyes. Było więc czymś oczywistym, że Guillaume de Beaujeau nakazał o. Joubertowi dopaść magiczną skrzynkę za każdą cenę! Arabskie źródło tej informacji nie powinno nas zbytnio dziwić, bowiem alchemię poza Grekami szerzyli właśnie Arabowie, NB sama nazwa alchemia wywodzi się z arabskiego al-khemeja, a słowo khemeja wywodzi się od nazwy Khem - a kraj Khem to Egipt... Z dzieł arabskich najbardziej znane jest dzieło Gebera, które wywarło ważki wpływ na europejska alchemię i zawiera 22 traktaty m.in. „o życiu metali” i transmutacji, czyli przemianie zwykłych metali w złoto i srebro.[188] Legenda mówi, że w końcu Geber dał sobie spokój z alchemią ogłaszając, że znalazł sposób na robienie złota, i... został lekarzem, co przyniosło mu większe bogactwo, niż niejednemu Krezusowi! Po krótkiej żegludze Krzyżowcy, którzy zaokrętowali się w Jaffie, wylądowali u ujścia Orontu, w małym porcie Saint Simeon, a nie w Aleksandrettcie. Wielki Mistrz nie chciał wywoływać w mieście paniki przybyciem templaryjskiej floty, w czasie której Dżafar mógłby uciec z miasta wraz z bezcenną skrzynką, przeto pozostawił jedną jednostkę pod wodzą seneszala Jeana de Grailly’ego - a sam pociągnął ku Aleksandrettcie. Jeden celnie uplasowany pocisk rozniósł w drzazgi bramę miasta i po chwili poszukiwań Krzyżowcy wpadli do domu alchemika Dżafara, którego zawlekli przed oblicze Wielkiego Mistrza. I tutaj o. Jobert wraz z Wielkim Mistrzem dowiedzieli się, jak jego dawny znajomy wszedł w posiadanie tajemniczej skrzynki z biało-błękitnego metalu, którą przyniósł ze sobą. Kiedyś tam, w 1270 roku, Dżafar obserwował niebo z konstelacjami Zodiaku i zobaczył na nim ognisty ślad. Wydawało mu się, że przedmiot, który go zostawił, spadł gdzieś na pustynię w okolicach Aleksandretty. Na prośbę Dżafara emir rozkazał swym gwardzistom znaleźć i przynieść do miasta ów przedmiot, ale to nie było możliwe, gdyż rozgrzany był do czerwoności i częściowo zaryty w ziemi. Kiedy przedmiot ostygł, niewolnicy zaczęli go odkopywać. Dżafar, który spodziewał się kamienia bogatego w żelazo, jakie od czasu do czasu spadają z nieba, był przeświadczonym o słuszności swego wyjaśnienia. Wydawał się to potwierdzać rdzawy kolor powierzchni kamienia, jaki się pojawił po odrzuceniu warstw piasku, a kiedy otwór się powiększył, to uczony zorientował się, że idzie o statek w kształcie walca zakończonego kuliście. Statek, który spadł z nieba pękł, i można było wejść poprzez szczelinę do środka. Dżafar oczywiście tak uczynił z lampą oliwną w ręku. Z wnętrza dobywały się jakieś opary i wciąż było tam gorąco. Na pokładzie było wszystko zniszczone i lekarz znalazł tam tylko zwłoki pilota. Innych ciał nie było. Dopiero na drugim końcu statku znalazł innych załogantów. Trupy ich leżały w długich, przeźroczystych walcach, które w czasie katastrofy roztrzaskały się i zmieniły w gruz wraz z innymi szczątkami aparatów i przyrządów, który tarasował przejścia i dalsze przestrzenie wewnątrz statku. Potem Dżafar musiał wyjść, bowiem zaczął się dusić, a przez następny miesiąc nie był w stanie penetrować statku, bowiem zapadł był na dziwną chorobę, na którą nie było lekarstwa. Cudowną skrzynkę znalazł dopiero w czasie czwartej wizyty na pokładzie wraka, w skrytce w podłodze, pokrytej białą warstwą ochronną. Odłożył ją na bok i przez tydzień jeszcze badał i eksplorował nieznany statek, który musiał pochodzić spoza naszego świata. Ciała załogantów rozkładały się tak szybko, że nie mógł ich zbadać, więc zabrał skrzynkę i opuścił statek, który na rozkaz emira zasypano piaskiem. Dżafar długo myślał nad tym przyrządem, aż odkrył jego zdolności multiplikacyjne które to odkrycie zachował dla siebie, jakby znajdował się w nim ów lapis philosophorum czy quinta essentia - o której pisał Geber. Skrzynka potrafiła idealnie zduplikować każdy przedmiot włożony do niej. Wytwarzała ona idealna kopię nie tylko przedmiotów martwych, ale i istot żywych! Lekarz potem często używał jej do produkcji złotych monet i w ten sposób doszedł do znacznego majątku, który umożliwił mu potem uniezależnienie się i badania alchemiczne, aliści po miesiącu skrzynka utraciła swoją moc i dlatego Dżafar dał ją bez żalu Wielkiemu Mistrzowi zwłaszcza, że ten zapłacił mu za nią tyle złota, ile sama ważyła. Wkrótce potem cała armia zaczęła maszerować brzegiem Orontu, z którego skręciła ku Eufratowi i doszła do Edessy. W czasie marszu nie wynikły żadne problemy i Antiochia została zdobyta bez walki. Antiochia była pierwszą wielką metropolią - poza Edessą - której zdobycie w 1268 roku przez Bajbarsa po dwóch wiekach chrześcijańskiego panowania było dla państwa Krzyżowców niebywałym ciosem. Masakra, która miała miejsce po tygodniowym oblężeniu, zaszokowała nawet zaprawionych w bojach i krwawych widowiskach muzułmanów. Aby nikt z mieszkańców miasta nie uniknął śmierci, Bajbars nakazał starannie zamknąć bramy miejskie... Tymczasem o. Joubert na krytym wozie stworzył laboratorium, gdzie w dzień i w nocy pilnie pracował. Wielki Mistrz Joannitów Jean de Villiers wysłał posłów, którzy oznajmili Krzyżowcom, że Grób Pański jest oswobodzony i że Ziemia Święta należy do Europejczyków. Armia pod wodzą Guillaume’a de Beaujeau przeszła 200 km w 12 dni, doszła do brzegów Eufratu - i co za tym idzie - stanęła u granic Chanatu Abakowego. Przewidując przyszłe komplikacje, Wielki Mistrz pchnął jeden oddział do Edessy w celu zabezpieczenia tyłów swej armii i utworzenia zabezpieczenia logistycznego z Aleksandretty, zaś prawe skrzydło chroniła niegościnna syryjska pustynia. Wojska potem pomaszerowały dolina Eufratu na Bagdad, a po przekroczeniu granicy chanatu zaczęły realizować zamiar swego wodza, który chciał zdobyć imperium większe, niż wszystkie zdobycze Aleksandra Macedońskiego. Wstąpieniem na ziemie perskiego ilchana zaczęła armia Templariuszy ofensywę na Bagdad, który Mongołowie okupywali już od 1258 roku. W tym roku ilchan Hülegu zdobył na czele ogromnej armii to legendarne miasto Orientu i wymordował 80.000 jego mieszkańców. Informacje o ofiarach nie są przesadzone, nowozelandzki historyk J. J. Saunders pisze o tym tak: Także i dzisiaj, po siedmiu wiekach, ten największy ze wszystkich nomadzkich ataków na cywilizację ma w sobie coś wywołującego strach i grozę. Na straszliwej scenie krwawych ruin odbywał się potworny dramat, jakiego jeszcze nie widziano od czasów rzezi asyryjskich, a który można było porównać jedynie z masowymi mordami XX wieku, kiedy to hitlerowscy mordercy pozbawili życia miliony osób. Można dodać do tego także stalinowskich, pol-potowskich i innych siepaczy, by obraz był pełny... Dalszy marsz był od czasu do czasu przerywany przez potyczki z niewielkimi siłami lekkiej mongolskiej jazdy, ale nie był to liczący się opór. Anbarę zdobyto, ale była cała w płomieniach tak, że żołnierze nie mogli odpocząć po marszu, w którym dziesiątkowały ich choroby, aż do 2/3 pierwotnej ilości. 15 sierpnia 1275 roku, Krzyżowcy ujrzeli przed sobą białe mury, pałace i minarety legendarnego Bagdadu, który był opanowany przez wojska mongolskie. Te natychmiast otoczyły wojska Templariuszy. Krzyżowcy postawili mury, za którymi ukryli balisty. Piechota otoczyła je wokół i żołnierze w przyklęku zaparli drzewca włóczni ukośnie do przodu, co mogło powstrzymać mongolską jazdę. Trzeba nam wiedzieć, że najniebezpieczniejszą częścią mongolskiej armii była jazda na małych, lekkich i wytrzymałych konikach. Każdy wojownik miał do dyspozycji 4-6 koni, które pokonywały do 160 km dziennie! Każdy z nich miał wyposażenie dla jeźdźca na 4-6 dni. To właśnie dzięki temu mongolska jazda była tak piekielnie skuteczna w starciu z ciężkimi i nieruchawymi formacjami europejskiej piechoty i jazdy. Guillaume de Beaujeau kazał się podnieść w koszu jednej z balist w górę, by rozeznać sytuację. Mongołowie byli dobrze poinformowani o śmiercionośnej broni Templariuszy i dlatego rozśrodkowali się na niewielkie grupki. Nowinką były chińskie wozy bojowe z łucznikami i długimi kosami na piastach kół. Na najeźdźców czekało już ponad 100.000 mongolskich jeźdźców, piechocińców i łuczników. Templariusze znaleźli się w pułapce. Nieprzyjaciel wykopał wokół nich głębokie rowy wypełnione ropą naftową, a po prawej stronie mieli oni Eufrat, którego brzeg mrowił się od łuczników. Mongołowie zapalili cysterny z ropą, której gęsty dym w mgnieniu oka otoczył pierwsze szeregi chrześcijańskiej armii. W scenariuszu Pierre’a Barbeta, Wielki Mistrz błyskawicznie połapał się w sytuacji i zmienił plan. Rozkazał przetoczyć wszystkie miotacze ku wodzie, a dwa z nich miały strzelać do łuczników, którzy bronili przeciwległego brzegu. Rozkazy wykonano w ulewie mongolskich strzał, ale udało się je wykonać tak, że atomowe granaty wybuchły już po chwili na nieprzyjacielskim brzegu. Wielki Mistrz był bez ochyby mistrzem improwizacji, co zawdzięcza fantazji Barbeta. Eksplozje atomowych ładunków zmieniły bieg rzeki, która szeroko rozlała się po równinie na północ od pola bitwy i zmusiła jazdę Mongołów oraz ich wozy bojowe do cofnięcia się. I tym sposobem Templariusze zabezpieczyli sobie tyły. Rycerska jazda przekroczyła rzekę i oczyściła brzeg z łuczników, którzy przeżyli atak atomowymi pociskami. Tymczasem piechota zajęła stanowiska obronne za murem wozów, plecami do rzeki. Abaka-chan i jego dowódcy zostali literalnie zaskoczeni i zawahali się - a ich wahanie dało czas rycerzom na uderzenie od południa na tyły armii mongolskiej - jej sił głównych. Chan wydał rozkaz uderzenia na wozy Templariuszy, ale kiedy jeźdźcy przybliżyli się na odległość strzału miotaczy, dosłownie wyparowali w oślepiających błyskach i słupach pyłu w kształcie grzybów powstałych po pierwszej salwie balist. W tej chwili rycerze wpadli na tylne linie chańskiego wojska i obrzucili je lekkimi ładunkami atomowymi z granatników. Efekt był straszny - armia mongolska została rozbita, a ich wódz martwy. Bagdad poddał się bez walki, a Guillaume de Beauajeau potwierdził to, że następczynią tronu jest małżonka Abaka-chana, która była chrześcijanką i córką Michała Paleologa. Takie mieszane małżeństwo nie było wyjątkiem w imperium mongolskim. Już w 1254 roku, z chrześcijanką był żonaty władca Mongołów - Möngke-chan, zaś w Persji poprzednik Abaki - ilhan Hülego był także żonaty z dziewczyną chrześcijańskiego wyznania. Także matka Wielkiego Chana była głęboko wierzącą chrześcijanką, co wszakże nie przeszkodziło temu, by pewnego ranka powróciła po Mszy św. tak pijana, że ledwie trzymała się na nogach. Jej wygląd głęboko wstrząsnął o. Williamem Rubroekem, który wychowywał na dworze chana jej syna Mangu-chana. Przejęcie władzy przebiegło bez zakłóceń i Templariusze wyciągnęli z tego znaczne korzyści, bowiem jej państwo stało się bazą wypadową do dalszych podbojów Templariuszy na Wschodzie. Po padnięciu Bagdadu, Wielki Mistrz zdobył także port w Basrze (Balsorze), ale zakazał niszczyć ten kwitnący port i handel morski. Oczarowany cudami orientalnego miasta i jego heterami, odaliskami, bajaderami - Wielki Mistrz strawił tam czas na przemyśliwaniu i studiach relacji tej garstki Europejczyków, którzy przeniknęli do serca Azji: dwóch misjonarzy franciszkańskich - Williama Rubroeka i Giovanniego Carpiniego, a także dwóch Wenecjan - braci Niccola i Matteo (Marco) Polo. Znano już wtedy szlaki karawanowe, więc pochód armii z balistami i ciężkimi wozami wymagał dokładnego opracowania zaplecza logistycznego - czegoś, co dzisiaj fachowo nazywa się GZT - Gospodarczym Zabezpieczeniem Tyłów - i połączenia Bagdadu z Aleksandrettą. Frater Joubert ponownie pocieszył go tym, że udało mu się przestawić środki łączności ukryte w posążkach Baphometa tak, by mogli je używać do własnych celów dowódcy armii Krzyżowców, jednakże wciąż nie udało mu się wyjaśnić zagadki multiplikatora. Otto de Granson zameldował przy pomocy posążka Baphometa zdobycie Basry, zaś marszałek Pierre de Sevry o pacyfikacji ostatniego, nie obsadzonego terytorium Chanatu Kajdu. Ze względu na to, że w połowie października trudno było rozpocząć skuteczną ofensywę, Wielki Mistrz zdecydował przesunąć swe wojska do Savy nad brzegami jeziora Gelechelan, po prawej stronie mając pustynię Deszt-i-Kervi przekroczył granicę Kurdystanu. W Bagdadzie pozostawił garść rycerzy pod wodzą swego seneszala i wszystkich tych, którzy przyłączyli się do wyprawy krzyżowej. Tym sposobem pozostawił tam nowicjuszy, a sam na czele zaprawionych w bojach wiarusów - tworzących armię uderzeniową - ruszył do przodu. Po przezimowaniu i regeneracji sił, armia Templariuszy wyruszyła z Savy w dniu 11 kwietnia 1275 roku na podobieństwo długiego, żelaznego węża uosabiającego niezwyciężoną siłę. Równy krok i śpiew dzielnych i dziarskich wojaków podnosił morale i dodawał im ochoty do nowej krucjaty. Jak dotąd, to tryumfy Guillaume’a de Beaujeau spoczywały w małych figurkach Baphometa, które pomagały mu się połączyć z komturiami, i tajna łączność z Asasynami - członkami tajnej sekty Starca z Gór, którzy zbiegli przed masakrą, jaką chcieli im urządzić Mongołowie. Ci zaprzysięgli wrogowie państwa chanów działali jako grupy dywersyjno-rozpoznawcze na terenach chanatów Kajdu i Kubłaja-chana. Starzec z Gór, to pseudonim perskiego wodza Hassana-i-Sabbaha z XII wieku, który toczył niewypowiedziane wojny ze swymi mameluckimi sąsiadami na tronie. To właśnie od jego imienia utworzono potem dwa słowa: haszysz (z angielskiego hashish) i morderca - asasyn (w wielu europejskich językach słowo as(s)assin(o) znaczy po prostu morderca, zabójca, skrytobójca). Starzec z Gór tumanił młodzieńców haszyszem i podstawiał im młode i ładne kobiety wmawiając im, że są w raju i że jeżeli dobrze wypełnia swe zadanie, to powrócą doń. Najczęściej chodziło o skrytobójstwa, a także o szpiegostwo. Templariusze przekroczyli szybko granicę Chanatu Kajdu na starej trasie karawanowej i kiedy dotarli do Mulektu na południe od jeziora Geluchelan, ruszyli pięknym, urodzajnym i zielonym krajem z sadami i pastwiskami. Po sześciu dniach doszli do Szibaganu, a w Talabanie zaopatrzyli się w sól niezbędną do konserwowania mięsa z upolowanej zwierzyny. Po kolejnych sześciu dniach doszli do prowincji Badachszan, gdzie wzbogacili się mnóstwem srebra i kamieniami podobnymi do rubinów. Asasynowie przynieśli wieści, według których silne załogi mongolskie obsadziły twierdze Kajdu Jarkenda i Chotan, które połączyły się z siłami syna Kubłaja-Chana - Nomukana, którego to chan chciał posłać do boju przeciwko Krzyżowcom. Wielki Mistrz przy pomocy środków łączności Baphometa rozkazał seneszalowi Jeanowi de Grailly’emu obsadzić Samarkandę i tym sposobem osłonić lewe skrzydło swej armii przed następującymi na nie wojskami generała Bajana. Postępy marszu były coraz mniejsze. Krzyżowcy opuścili Badachszan i wzdłuż rzeki Pjandżu dotarli do Pamiru i zaczęli się wspinać na górski płaskowyż. Tutaj pogoda była chłodna i od gór wiały lodowate wiatry, jezioro Sirikool (Siri-kul) było zupełnie zamarznięte i Krzyżowcy zaczęli cierpieć na odmrożenia. Na dotarcie do prowincji Kaszgar musieli oni zużyć aż 50 dni! Mongołowie nie atakowali, więc z tej strony Templariusze nie mieli problemów. Sytuacja Templariuszy przedstawiała się następująco: na prawym skrzydle armii Krzyżowców znajdowały się ośnieżone szczyty gór Kaszmiru, przed nimi wojska Chanatu Kajdu, za nimi Pamir, a na lewym skrzydle czatowały siły Namukana. Wielki Mistrz życzyłby sobie spotkania z obiema armiami mongolskimi oddzielnie, dlatego też rozkazał marszałkowi, by z częścią wojsk pomaszerował na północ - ku Uzbekistanowi - i związał walką wojska Namukana. Swe główne siły zgromadził w obozie wybudowanym w okolicach Kaszgaru. Jednakże Kajdu-Chan nie palił się do ataku na dobrze broniony obóz Templariuszy, więc na rozkaz Wielkiego Mistrza armia runęła na pustynię Gobi. Jarkendę zdobyto bez walki, bo Templariuszy się tam tak bano, że Mongołowie poszli w rozsypkę pozostawiając na polu niedoszłej bitwy broń i machiny.[189] Przy wypadzie w kierunku Chin zdobyli Kerię, gdzie Krzyżowcy dopadli ogromne zasoby jaspisu i chalcedonu przygotowane jako kontrybucja dla Kubłaja-Chana. Za Czarkalikiem czekały na nich pierwsze wydmy pustyni i zaczęli forsować to morze piasku. Wojsko dotarło do pierwszych studni, zgodnie ze wskazówkami przewodników, ale stało się coś, czego skrycie się wszyscy obawiali - studnie były zatrute. Przy pochodzie przez pustynie Azji, wojska Krzyżowców miały do czynienia z taktyką spalonej ziemi. Mongołowie zostawiali Europejczykom zniszczony kraj i zatrute studnie, co znacznie opóźniało ich pochód lub nawet całkowicie go hamowało. Poruszanie się ciężkozbrojnych rycerzy po piachu i w wysokich do +60-70oC temperaturach było prawie że niemożliwe, a głód i pragnienie zbierały swe żniwo. Najpierw padały konie, potem rycerze musieli się spieszyć i sprzęt oraz prowiant załadować na kozy, owce, psy i swe własne grzbiety. Podczas I Krucjaty ludzie brali ziarna trawy do ust i żuli je, by oszukać głód. Po obsadzeniu Antiochii doszło także do wypadków kanibalizmu - prymitywni Flamowie zjadali zabitych Turków, a kiedy trupów zabrakło - zabierali się za żywych... Wielki Mistrz był w kontakcie ze swym marszałkiem i codziennie podawał mu swe położenie. W okolicach Samarkandy panował cały czas względny spokój. Kajdu-Chan nie dążył do walnej bitwy, tylko nękał Krzyżowców wojną podjazdową. Potyczkami, po których pozostawało na ziemi kilku Krzyżowców przeszytych mnogimi strzałami, kiedy nieopatrznie oddalili się spod ochrony konwoju... Mongołowie z upodobaniem napadali na maruderów, którzy odłączali się od kolumny za potrzebą fizjologiczną. Te niezbyt dżentelmeńskie metody walki używane były w walkach pomiędzy Ryszardem Lwie Serce a armią Salatyna, w 1191 roku.[190] Mongołowie opanowali do perfekcji korzystanie z atutu swej znajomości pustyni i urządzali zasadzki na Krzyżowców przy studniach, które potem zakażali wrzucając w nie trupy poległych. To jednak nie powstrzymało Krzyżowców i z każdym dniem armia była bliższa Tun-Chuangu. W 52 dni po wyjściu z Czarkaliku Templariusze wydobyli się wreszcie z piekła pustyni. Obwarowali się w ruinach miasta, które zniszczyli Mongołowie realizujący swą taktykę spalonej ziemi, wykopali nowe studnie i urządzili wielkie polowanie w celu uzupełnienia zapasów żywności. Guillaume de Beaujeau dokonał pospiesznego bilansu sił i środków: pustynię przeszło 40.000 ludzi, wszystkie machiny bojowe, odzyskano większość koni i jucznych zwierząt. Na północy rozpościerało się miasto Chamil - centrum prowincji - a jeszcze dalej leżało stołeczne Karakorum. Wedle informacji Asasynów, w Chamil odpoczywała armia Kajdu-Chana po przejściu pustyni za Krzyżowcami, natomiast armia Kubłaja koncentrowała się w okolicach Szang-Czou, na północ od Cambałuku. W tym czasie do obozu Templariuszy zawitał poseł od Kubłaj-Chana - sam Marco Polo, który przyniósł im posłanie od Kubłaja. W tymże posłaniu Kubłaj-Chan oznajmiał, ze gotów jest zaakceptować Templariuszy i ich władzę w Mezopotamii i Transoxanii pod warunkiem, że nie będą się oni mieszać w ich interesy w Chinach. Wielki Mistrz, by zyskać na czasie, wyprawił do chana chanów własne poselstwo. Poza niektórymi darami, jak np. relikwiarz z drzazgą Krzyża Świętego i iluminowanej Ewangelii - dorzucili oni swe ultimatum, że Kubłaj może zachować swą władzę w Chinach wtedy i tylko wtedy, gdy poprzysięgnie on wierność i poddaństwo Wielkiemu Mistrzowi i papieżowi. Posłowie Wielkiego Mistrza mogą mówić o szczęściu, gdy wyszli z pałacu chana chanów w Szang-Tu i nie zginęli, jak Asasynowie, których pochwycono i stracono, a których głowy dyskretnie wsunięto im zawinięte w korę. W czasie, kiedy posłowie zmierzali ku chanowi, Guillaume de Beaujeau nakazał obsadzić Sü-Czou, a raczej to, co zeń zostało po spaleniu go przez Mongołów. Stąd pociągnęli oni ku Kan-Czou, przy czym widziany już z daleka słup dymu oznajmił im, ze Mongołowie nie zrezygnowali ze swej taktyki. Otto de Granson przedsięwziął kilka wypadów w okolicę, przez co zabezpieczył aprowizacje w postaci ryżu, co jeszcze uzupełniono mięsem upolowanych jaków, które ubito kopiami i strzałami. Próby brata Jouberta z replikatorem poszły do przodu o tyle, ze wyprodukował on kilkanaście kopii atomowych granatów, ale nie chciały one wybuchać. Wielki Mistrz dokładnie zważał na dalszy przebieg wydarzeń i na to, by obrócić wojenne szczęście na swoją korzyść. Sytuacja była poważna, bo Kubłaj-Chan zgromadził 360.000 jazdy i 100.000 piechoty, a nade wszystko dysponował on.... artylerią rakietową! Liczba wojsk tatarskich może zdumieć niejednego. Już za czasów Czyngiza-Chana wyliczono jego armię na ½ do ¾ mln żołnierzy, zorganizowanych w pododdziały po dziesięciu, zaś oddział 10.000 ludzi[191] stanowił jednostkę operacyjną działającą całkowicie samodzielnie. Ulubiona taktyką było zmuszenie nieprzyjaciela do pościgu za częścią sił, a potem obejście go, przegrupowanie do ataku i uderzenie z nieoczekiwanego kierunku. Pirotechnicy byli werbowani spośród chińskich, perskich czy choremijskich specjalistów, a mongolska taktyka osiągnęła taką doskonałość, że nie było na świecie takiej armii, która byłaby w stanie sprostać armii chana. Mury przestały być ochroną, bo Mongołowie ostrzeliwali miasta z katapult, podkopywali i wysadzali mury przy pomocy ładunków czarnego prochu. Guillaume de Beaujeau uznał, że najroztropniej będzie umieścić swą 40-tysięczną armię na jakimś wzgórzu, z którego balisty mogłyby strzelać we wszystkie strony. Takie miejsce znalazł w okolicach Calacianu, tam, gdzie wiódł szlak karawanowy pomiędzy zakolem Żółtej Rzeki, a pogórzem Kara Narim Uła. Po radiowym połączeniu z Baphometem, Wielki Mistrz wydał rozkaz marszu na Si-Ning - miasto przed calaciałem, które Mongołowie spalili do cna. Krzyżowcy wedle tego planu pierwsi przybyli na pogórze Kara i tam okopali się. Chan tymczasem strawił całą noc na rozmyślaniach w swym pałacu w Cianagore, zaś jego wojska otoczyły Krzyżowców ze wszystkich stron. Na drugi dzień, na Krzyżowców runęła pierwsza fala mongolskiej piechoty, którzy gnali przed sobą całe zastępy nestoriańskich chrześcijan, wyłapanych w czasie ewakuacji miast przed Templariuszami. Chrześcijańskie żywe tarcze utworzono z nestoriańskich chrześcijan - od roku 431 uznanych za heretyków za to, że głosili oni o dwoistej - boskiej i ludzkiej zarazem naturze Chrystusa. Zamieszkiwali oni ogromne połacie Azji pomiędzy Syrią a Chinami, Mongolią a Cejlonem. Nestoriaństwo przeżyło w Azji całe stulecia, wierzący istnieli także w Mongolii, a Marco Polo opisał spotkanie z ich komunami także w Kaszgari i Jarkendzie. Następne chwile są dramatyczne. Guillaume de Beaujeau odczekał do ostatniej chwili z wydaniem rozkazu otwarcia ognia. Atomowe granaty wystrzelono i poleciały one łukami ponad pierwszymi szeregami żywych tarcz, wprost pomiędzy zastępy Azjatów, i... ...śmiercionośne grzyby pyłu i dymu wytrysnęły spośród powodzi Tatarów i spowodowały straszliwą masakrę. W zwartych szeregach działanie granatów było straszliwe. Kawałki ludzkiego mięsa fruwały w powietrzu we wszystkie strony, kończyny spadały na jeźdźców, którzy stali w ostatnich szeregach. Kiedy pyły opadły, Krzyżowcy ujrzeli, jak resztki nieprzyjaciół uciekają w nieprzytomnym strachu.[192] Kubłaj-Chan ze swym sztabem obserwował straszliwe widowisko. Tymczasem Nestorianie dostali się do obozu Templariuszy i poza paroma ranami i oparzeniami nie ponieśli żadnej krzywdy. Mongołowie pozbierali się i otworzyli ogień z bambusowych rakiet, ale pociski nic nie mogły zrobić zakutym w stal rycerzom poza tym, że płoszyły się ich konie, ale Guillaume de Beaujeau kazał rozwalić stanowiska rakietowych baterii atomowymi granatami. Wtedy Kubłaj posłał do ataku bojowe słonie, ale i to przewidział Wielki Mistrz i kazał podpalić rowy z ropą naftową, które wykopano w przeddzień bitwy. Poparzone i przytrute dymem słonie obróciły się przeciwko swym mocodawcom i spowodowały w szeregach Mongołów straszliwą panikę. W tej chwili Kubłaj wydał rozkaz do generalnego szturmu. Niestety, na swe nieszczęście nie przewidział, że replikator o. Jouberta zacznie wreszcie działać ja należy i waleczność mongolskiej armii, jakkolwiek legendarna, musi się załamać w starciu z BMR. Chana chanów w żelazach przywiedziono przed oblicze Wielkiego Mistrza Templariuszy. Po rozesłaniu na wszystkie strony świata wieści o klęsce Kubłaja pod Kara Narim Uła poddali się Kajdu-Chan i jego generał Najan, dynastia Sung oddała klucze do Kuang-Czou, a takoż do Karakorum i Cembałuku... I przyszła chwila, w której Wielki Mistrz zorientował się, że jest tylko wykonawcą woli Baphometa, który sprzyjał mu wtedy, kiedy jego ambicje były zbieżne z zamiarami Kosmity. Stary tybetański mag wynalazł sposób, jak się jego pozbyć. I pozbył się przy pomocy kanału mentalnego, w który udało mu się wedrzeć wraz z braćmi w wierze. I wszystko skończyło się dobrze, a jak - o tym przeczytasz Czytelniku w książce Barbeta. Niestety, wbrew temu pięknemu freskowi paralelnych dziejów, które z podziwu godnym rozmachem i realizmem nakreślił Pierre Barbet, drogi Pana w naszym realnym świecie są zupełnie niepoznawalne i nieprzewidywalne. Po upadku Akki w 1291 roku, ciężko ranny seneszal Jean de Grailly dostał się na pokład ostatniego statku wraz z Otto de Gransonem i Wielkim Mistrzem Joannitów, zranionym bełtem kuszy. Marszałek Pierre de Sevry w czasie ataku mameluków al-Ashrafa Khalila na templaryjskie umocnienia, zaś Wielki Mistrz templariuszy Guillaume de Beaujeau padł 18 maja 1291 roku przy obronie Przeklętej Wieży, ostatniej baszty i szańcu chrześcijaństwa w Ziemi Świętej dlatego, że - niestety - nie miał żadnych atomowych granatów... Po śmierci Wielkiego Mistrza i zdobyciu Akki padły także Tyr, Sydon, Bejrut i Hajfa. Templariusze opuścili Ziemię Świętą i to stało się preludium do kasacji Zakonu Świątyni we Francji, co nastąpiło ostatecznie w 1307 roku i jest osobną historią, NB, równie mroczna i tajemniczą. Dlaczego to wszystko napisałem? Dlatego, bo pomoże to zrozumieć Czytelnikowi to, o czym mówi następny rozdział. ---oooOooo--- Rozdział IX - KOSMICZNY ATAK W CZASIE WYPRAW KRZYŻOWYCH Kosmiczny Robinson z 1790 roku - Luftwaffe w służbie Karola Wielkiego - Kto obronił Gymešski zamek? - Kara śmierci dla Władców Przestworzy - CE4 w Średniowieczu - Kosmiczny desant w średniowiecznym Ansby - Te Deum po tamtej stronie Wszechświata. Dość fikcji literackiej - przechodzimy do faktów. 12 czerwca 1790 roku, a zatem w 478 lat po zniszczeniu Zakonu Świątyni stało się coś, co przy pewnej dozie fantazji można uważać za analogię do gwiezdnego rozbitka Pierre’a Barbeta, który to rozbitek wylądował swym uszkodzonym statkiem kosmicznym na powierzchni naszej planety. Pod wieczór tego parnego i gorącego dnia, na niebie, wśród przeraźliwego hałasu pojawiło się dziwne ciało w kształcie kuli, które zataczając się w powietrzu runęło na ziemię w pobliżu miasteczka Alençon w departamencie Orne, pomiędzy Paryżem a Reims. Obiekt ten połamał kilka drzew, zniszczył wiele krzewów i zapalił w tym miejscu trawę, kiedy uderzył w wierzchołek nieodległego pagórka. Wystraszeni tym wydarzeniem wieśniacy pognali na wyprzódki do miasteczka i tam opowiedzieli wszystkim jego mieszkańcom, z których kilku najodważniejszych podeszło ku kuli, gdy tylko umożliwiło im to buchające z niej gorąco. Świadkiem dalszych wydarzeń był jeden z lokalnych notabli z miejskiego magistratu, miejski fizyk i całe stado ciekawskich, które w międzyczasie przybiegło na miejsce zdarzenia. Śledczy nazwiskiem Liabeuf, który przyjechał z Paryża kilka dni po incydencie, tak zrekonstruował to wydarzenie, które opisał w specjalnym protokole: Kiedy wokół tajemniczego przedmiotu zgromadziło się wielu gapiów, otworzyły się (w nim) coś, jakby drzwi i ze środka wyszła jakaś osoba podobna do nas, ale dziwnie ubrana. Miała ona odzienie ściśle przylegające do ciała i dokładnie je zasłaniające, a kiedy nagle ujrzała ludzi - znieruchomiała, a potem naraz czmychnęła w las...[193] Rozżarzona kula potem bezgłośnie eksplodowała i pozostał po niej jedynie proszek. O tajemniczej istocie, która dała dyla w las, nikt już potem nie słyszał. Czeski badacz inż. Věnceslav Patrovský wygłosił pogląd, że chodziło tutaj o zwyczajny balon, który zapalił się od ogniska, które spowodowało nagrzewanie się powietrza unoszącego tego mondgolfiera. Pisze on o ognistej kuli, która spadła na pobliskie wzgórze, przy czym zdała się ona być otoczona płomieniami, i o kilku rolnikach, którzy wyszli na pole i myśleli, ze idzie o któryś z balonów, które wtedy zaczęto wypróbowywać.[194] Z jego opisu jednak znikły już skutki katastrofy: połamane drzewa i krzewy, co raczej jest trudno przyporządkować awaryjnemu lądowaniu mondgolfiera...[195] Za wręcz klasyczny opis interwencji Obcych w naszą historię może posłużyć pojawienie się dyskoidalnych aparatów latających podczas wojennej wyprawy cesarza Świętego Państwa Rzymskiego i Narodu Niemieckiego Karola Wielkiego przeciwko Sasom w roku 776. Karol, który zatrzymał się we Francji, na wieść o saskiej inwazji przyjechał do dobrze umocnionego Eresburga i do oblężenia pozostał w Siriburgu - dziś Hochensburg. Do likwidacji saskiej blokady doszło po przełamującym szturmie Franków, który - jak to udowodnił badacz Hans Wehrner Sachmann z Dortmundu - był skutkiem tajemniczego wydarzenia, które rozegrało się na niebie.[196] Wydarzenia te opisuje kronika „Annales regnorum Francorum” następująco: Karol Wielki zdobył na Sasach zamek Hochensyburg. W dalszych latach Sasi chcieli odbić ten zamek z powrotem. Wedle zapisów frankońskich coś ich tak przestraszyło, że uciekli z powrotem do siebie na łeb na szyję...[197] Podobna informację znajduje dr Johannes Fiebag w książce dortmundzkiego archiwariusza prof. Karla Rübela: Lorcherskie annały mówią o tym, że w czasie oblężenia Sigiburgu przez Sasów, naraz nad kościołem pojawił się zagadkowy ogień idący od dwóch tarcz. Pogan chwycił niewysłowiony strach i uciekli na złamanie karku. A że niektórzy z nich się oglądali, to ginęli wpadając na kopie tych, którzy biegli za nimi...[198] Po długich i żmudnych poszukiwaniach, dr Fiebag i Hans Sachmann odnaleźli pierwotne źródło westfalskich kronikarzy - kronikę wydarzeń z VIII i IX wieku pt. „Patrologia” z apendyksem wielce uczonego o. Laurentia „Annales Laurissenesses”, którą przełożył z łaciny niekonwencjonalny historyk fantastycznej przeszłości Walter Raymond Drake. Tekst łacińskiej kroniki przypomina dokładny reportaż o rebelii Sasów: Poseł odczytał wieść o powstaniu Sasów. Wzburzyli się oni wielce i zabili wszystkich swych nadzorców. Udało im się zdobyć podstępnie Aeresburg i wygnać Franków. Po opuszczeniu zamku, zrównali go z ziemią... Potem buty pełni, maszerowali dalej głosząc, że tak samo zrobią i z Sigisburgiem. Jednak obrońcy grodu z Bożą pomocą dali im hardy i zdecydowany odpór. Mimo tego sytuacja była beznadziejna i musieliby oni długo czekać na posiłki. Tymczasem Sasi nie mogli zamku zdobyć i zburzyć, przeto ustawili oni katapulty... Jednak wola Boża chciała, że wystrzelone kamienie bardziej im zaszkodziły, niż obrońcom grodu! Zaczęli więc stawiać drabiny i wieże, z których zamierzali gród zaatakować. Bóg jest dobry i wynagrodził obrońcom ich odwagę. Tego dnia, kiedy miał się odbyć atak na chrześcijan, ukazała się Opatrzność Boża nad kościołem znajdującym się w twierdzy. Ci, którzy ów wielki znak widzieli, a wielu z nich żyje do dziś dnia, zgodni są co do tego, że nad kościołem widzieli dwie latające tarcze, ognistoczerwonego koloru. (Dosłownie: „et dicunt vidisse instar duorum scutorum colore rubeo flammantes et agitantes super ipsam ecclesiam.) kiedy poganie ujrzeli te znaki, w panice pierzchli w straszliwym przerażeniu. Jedni zabijali drugich, nabijali na kopie tych, którzy biegli przed nimi. Boska zemsta naganiała innych wprost na kopie swoich wojowników. Obrońcy odważyli się na wycieczkę i gnali Sasów aż do Lippe, a tam ich w potyczce, zupełnie wyczerpanych po forsownym biegu, pokonali.[199] Informacje na temat podobnego wydarzenia mam także ze Słowacji, z obleganego zamku Gýmeš - dzisiaj Jelenec. Ruiny tego zamku znajdują się na południowym stoku Tribečského Pohoria, na północny-wschód od Nitry, w starszym grodzisku z XI wieku. Zamek postawiono w XIII wieku, dzięki staraniom Ondreja ze starosłowackiego rodu Forgačów. Jadrem zamku, który przedtem był tylko rezydencja mieszkalną, są dwie wieże, a od XV wieku cała budowla ma charakter stricte obronny. Prace wykończeniowe trwały aż do XVI wieku w czasie tureckiej ekspansji na te ziemie, której dotyczy także ta część mojej pracy. W czasie półrocznego już oblężenia przez Turków zamku Gýmeš, ich dowódca - niejaki Batu - człowiek o zwierzęcej wprost drapieżności - zdecydował o generalnym ataku. Wyczerpana załoga twierdzy patrzyła w przyszłość z obawami, boż nieprzyjaciel srodze ich szeregi przerzedził, a sam dostawał coraz to nowe posiłki. Atakując, Turcy zaczęli rozwalać bramę taranami. Opór załogi słabł z każdą chwilą. Małżonka pana Forgača modliła się w kaplicy, i na jej uporczywe prośby doszło do cudu: niebo się zachmurzyło i nad zamkiem ukazała się czarna chmura, z której na Turków runęły błyskawice! Naraz obłoki zabarwiły się na krwawo i zaczął na nich padać deszcz ognisty! Turcy najpierw skamienieli ze zgrozy, a potem rzucili się do panicznej ucieczki. Nad zamkiem tymczasem ukazała się ogromna ręka z zaciśniętą pięścią. Turcy tu już nigdy nie powrócili... Kiedy w 1989 roku rozbiłem obóz na podwórcu dziś opuszczonego zamku i przez czas jakiś penetrowałem jego ruiny, eksplorowałem na pół zasypane gruzem korytarze i lochy, czym naruszyłem spokój nietoperzy i węży zamieszkujących ten teren, cały czas męczyło i dręczyło mnie pytanie: co to za siła stanęła w obronie jego obrońców? Obserwacje NOL-i nad Sigiburgiem w roku 776 nie były jedynymi w czasie Średniowiecza i mamy o nich kilkanaście dobrze udokumentowanych świadectw. O niektórych z nich pisałem już w swej wcześniejszej monografii traktującej o okresie pomiędzy 956 a 1344 rokiem.[200] Na końcu tego rozdziału Czytelnik znajdzie krótki przegląd chronologii wydarzeń od roku 1344 do 1790, a teraz przejdźmy do dalszej części rozdziału. Pozostańmy jeszcze w epoce Karola Wielkiego, w VIII wieku, gdzie na bazie pisemnych przekazów udowodnię, że problem „wzięć” do NOL-i nie jest akurat wymysłem ludzi XX i XXI wieku. NB, wygląda na to, że będziemy musieli zrewidować także historie z ufologicznego punktu widzenia, bowiem w świetle tego, o czym poniżej, trzeba ja będzie zacząć nie w latach 40. XX stulecia, ale co najmniej dziesięć wieków wcześniej!!! Za panowania króla Pepina Małego (714-768), na niebie Francji ukazywały się napowietrzne okręty pilotowane przez jakieś istoty, które zwano SYLFAMI. Pospolity lud był przeświadczony, że są to magowie, którzy posiedli umiejętność latania w powietrzu, od czego powstają burze i gradobicia. Obawy przed najazdem tych Władców Powietrza poszły już tak daleko, że Karol Wielki i jego następca wydali już we wstępie do swych „Capitullarii” WYROK ŚMIERCI na załogi napowietrznych okrętów!!! Dr Fiebag w związku z tą sprawą cytuje notatkę francuskiego księcia Montfaucona de Villarsa, który w 1670 roku posłużył się dziś już zapomnianymi, średniowiecznymi tekstami: Sylfów widział takoż prosty lud, jak i koronowane głowy. Aby pozbyć się tej niesławy, która ich otoczono, porywali oni ludzi i ukazywali im piękne kobiety, ich bogactwo, władzę, a potem przenosili ich z powrotem na ziemię, w różne miejsca. Naród, który widział ich lecących nad ziemią brał ich za czarnoksiężników, którzy przynosili ludziom i zwierzętom śmierć. Nie do wiary, ilu z nich zginęło od ognia lub wody![201] Idzie tu o coś niewiarygodnego - otóż ludzie w VIII wieku sa porywani do Powietrznego Cesarstwa, poddani programowi edukacyjnemu i z powrotem dostarczani na Ziemię, aby się stali heroldami kultury „tych z góry”. Niestety, ten socjologiczny eksperyment zakończył się fiaskiem i to totalnym, zaś szlachetne idee nie docierały do tępych łbów Ziemian: W Lyonie widziano, jak ze statku wyszli trzej mężczyźni i jedna kobieta. Wokół nich zgromadziło się wojsko i krzyczało >>Czarownicy!!! To ludzie hrabiego Benewentu, nieprzyjaciela Karola, poślijcie ich Frankom, by im zniszczyli urodzaje!<< Czwórka, która wyszła ze statku usiłowała się bronić przed zarzutami tłumu. Twierdzili, że byli Francuzami, których porwały jakieś powietrzne istoty, które pokazywały im niewiarygodne rzeczy i kazali im po powrocie na Ziemię mówic o tym swym krajanom. W tłumie ludzi jednak wrzało i co chwilę opowiadanie ich było przerywane wykrzyknikami i pogróżkami. Coraz bardziej krzyczano, by ich spalić na stosie. Lyoński biskup Agobard zachował na tyle rozwagę, że polecił rzecz zakończyć wyrokiem godnym Salomona - powiedział, że rzeczywiście mogli oni ujrzeć rzeczy w niebie, o których nie wspomina Pismo, co uspokoiło tłum, który darował wolność całej czwórce[202].[203] Prawdziwość tej historii potwierdza w swej książce A. Calmet - „Von Erdcheinungen der Geisten und dennen Vampiren in Ungarn, Mahren...” (Augsburg 1751), który nazywa to państwo Sylfów po imieniu - Magonia. O fenomenie porwań i wzięć w Średniowieczu świadczą także i następne źródła: Pewnego dnia jedna kobieta leżała w pościeli. Nagle zgasło światło i usłyszała, jak otwierają się drzwi. Szybko wyskoczyła z łóżka i zapaliła lampę, poczym ujrzała karzełka z wielką głową (sic!!!), który uciekał z jej nowonarodzonym dzieckiem, a do kołyski podrzucił jej dziwacznego karzełka. Kobieta zaczęła krzyczeć i udało się jej wyrwać dziecko z rąk karła. Nocny gość dziwnym sposobem znikł, pozostawiając dziwne dziecko w kołysce. Kobieta chciała je nakarmić piersią, ale nie chciało ono pić mleka i wkrótce zmarło. - Czy chodzi tutaj o przypadek wzięcia, tak dobrze znany z literatury ufologicznej? - pyta Marco Strohmeier, którego domeną stała się analiza porównawcza dzisiejszego fenomenu wzięć i dawnej tradycji „podrzuconych dzieci”, opublikowanej w studium z roku 1995.[204] - Wcale nie - odpowiada na tak postawione pytanie - Opowiadanie to pochodzi z księgi sag z południowej Dolnej Saksonii i wczesnego Średniowiecza.[205] Wedle Strohmeiera istnieją następujące przesłanki zbieżne z fenomenem bedroom visitors, takie jak: v w większości przypadków do porwań dochodzi w nocy; v z nieznanej przyczyny w pomieszczeniu gaśnie światło - nie-elektryczne przecież (!!!)[206]; v człowiek czuje czyjąś obecność w czasie snu lub półsnu; v w miejscu kontaktu pojawia się i znika jakaś człekokształtna postać, która może przenikać przez zamknięte drzwi, okna czy po prostu przez ściany; v przybysze usiłują porwać dziecko lub płód. Dziwni goście odznaczają się przy tym charakterystycznymi cechami morfologicznymi: • niskim wzrostem - od 100 do maksymalnie 150 cm; • głowa jest nieproporcjonalnie wielka w stosunku do reszty ciała; • wielkie, ciemne i podługowate oczy bez źrenic; • skóra szarej barwy; • brak owłosienia. Paralele do tego opisu „nieznanych” istnieją - wedle badań Stroheimera - w całym szeregu średniowiecznych opowiadań i podań, a ich wspólnym mianownikiem jest motyw „małych szarych ludzików”, którzy byli obdarzeni nadprzyrodzonymi zdolnościami. Autor dalej dowodzi łączności tradycji „szarych karzełków” z mitem „podrzuconego dziecka”, który jest znany w całej środkowej i zachodniej Europie, i mówi o tym opinia Georga Schambacha z roku 1854: Wedle ludowych podań, jakie zawierają sagi, idzie o dzieci karzełków z wielkimi głowami (!!!), które to karły owe podrzucają na miejsce zdrowego dziecka.[207] Największe niebezpieczeństwo groziło dzieciom nie ochrzczonym, bowiem karły z upodobaniem porywały właśnie takie dzieci człowiecze. Dlatego właśnie jeszcze przed stu laty dzieci chrzciło się w trzy dni po urodzeniu, zaś noworodek do tego czasu był pilnowany i trzymany tylko w oświetlonym miejscu.[208] Na bazie współczesnych prac Budda Hopkinsa, dr T. Bullarda, dr D. Jacobsa, dr J. Fiebaga i innych, będziemy zmuszeni do typowego wzorca porwania dołączyć także i fenomen „podrzuconych dzieci”. Według Hopkinsa, kobiety poddane regresywnej hipnozie były - wedle ich własnych słów - porwane, sztucznie zapłodnione i przywiezione z powrotem, potem odbierano im płód, który był wychowywany pozamacicznie. Takie dzieci były hybrydami ludzi i Kosmitów, i odznaczają się dziwnymi właściwościami anatomicznymi. - Ludowe gadki, w których mówi się o „karzełkach z wielkimi głowami i szarą skórą”, o „ukradzionych dzieciach”, o „stalowych ptakach” mają swe racjonalne jądro - twierdzi Marco Strohmeier. - Wtedy i teraz ludzie zyskiwali jednakie doświadczenia z tymi istotami - i widzieli, i widzą nadal je w swym specyficznym, socjalno-kulturowym kontekście. To nam daje możliwość zrozumieć to i zaradzić temu. Kto wykona tą pracę i przeniknie do jądra zachowanych legend, może dojść - jak to udo |


